sobota, 13 grudnia 2014

Opowiadanie "Świeca" rozdział 14.




 Dziś wybiło 18 tysięcy wyświetleń. Z tej okazji nieco dłuższy 
rozdział, jednakowo nie dla wszystkich. 
Treści zawarte w rozdziale są 
przeznaczone dla osób powyżej 18 roku życia. Czytacie na swoją odpowiedzialność.
Pierwszy raz w moim opowiadaniu dokonuję takiego czynu. 
Mam nadzieję, że docenicie wysiłek :) 
Dziękuję, że jesteście tyle czasu ze mną :) 
Miłego czytania i zachęcam do komentowania....
Wasza Tumburulka.




                                                                    14.






                Wybiegła za nim na mroźny i mżysty poranek. Od razu na swych policzkach poczuła chłodne krople, które były pieszcząco delikatne, lecz również zimne.
-Ed!- Krzyknęła biegnąc za nim. 
On zbyt szybko się oddalał, a jednak wystarczył dźwięk jej głosu, aby się zatrzymał. Zerwał z swej szyi ozdobną chustę i rzucił nią o błotnistą ziemię.
- Mam dość!- Ryknął na całe gardło nie odwracając się do niej przodem. 
Nie przelękła się go. Podbiegła do niego jednak nie pozwolił jej się do siebie zbliżyć.
- Nie dotykaj mnie! Jesteś jego własnością!- Było widać jak wstąpiła w niego furia, którą wbrew niemu chciała nad nim panować.
- Nie jestem niczyją własnością! Może gdybyśmy pojechali do twego ojca… zrozumiałby.- Znów ponowiła zbliżenie się do niego jednak on był zbyt urwisty.
- Nie! Dość! Dość…- schował twarz w dłonie jakby to miało go oddzielić od tego, co czuło jego złamane serce. 
Ona milczała, czuła się odtrącona, pomimo że wiedziała, iż to najbardziej egoistyczny fakt, jaki mogła obecnie przyjąć. To przez nią, a raczej jej przeznaczenie nie mogli być razem, to przez jej ojca nie zostali mężem i żoną wtedy, kiedy zadecydował o tym król Hiszpanii. Wszystko skupiało się po jej stronie.
-, Co teraz będzie? Nie zniknę z twego życia… To twój brat…- odezwała się w końcu a jej dolna warga zaczęła drżeć z zimna.
- Tak naprawdę ich nie pamiętam… ja… może wrócę do Hiszpanii. Poznam większą część rodziny, tu mnie nic nie trzyma. Już nic.- Mówiąc to spojrzał na nią swoimi smutnymi, brązowymi oczami. Wiedział, że ją rani, ale musieli to zakończyć.
- Przytul mnie…- szepnęła obejmując się ramionami. Czuła, że zaraz rozpadnie się na miliony kawałków przez tak czytelne odtrącenie. Długo jedynie jej się przyglądał jej się. Czuła ciężar jego wejrzenia. W końcu przecząco pokiwał głową.
- Nie mów do mnie Ed, mam na imię Edward.- Pouczył ją chłodniejszym tonem niżeli powietrze. 
            Wtedy z dworu wybiegł Aleksander zmierzając ku im. Malarz spojrzał w stronę swego brata, wkładając ręce w kieszenie spodni.
- Ed…- jęknęła dziewczyna wiedząc, że to finalny koniec, coś, czego nikt nie mógł zmienić, a na pewno nie bez zgody mężczyzny. 
Kiedy jej przyszły mąż zjawił się obok niej, od razu nałożył na nią ciepły koc i objął ramieniem. Coś jednak w jej wnętrzu się buntowało. Patrzyła na Edwarda, który się cały napinał i ruszył w kierunku stajni. Zagryzła dolną wargę, aby się nie rozpłakać.
- Da sobie radę.- Odezwał się Alexander. Chciała go niemal zamordować za tak błahe podejście do sytuacji. Ojciec braci rozdzielał tą dwójkę na zawsze.
- Kocham cię, królowo mego serca.- Zaśmiał się mężczyzna dając jej całusa w mokre już włosy. – Choć bo będziesz chora.

             Spiorunowały ją jego słowa. Jak mógł tak po prostu powiedzieć tak ważne słowa? Pierwszy raz byłą pewna, że narzeczony mówił je wiele razy, wielu kobietom… kiedy to Ed nigdy nikomu nie powiedział tych słów. Zdała sobie sprawę jak ważne i mądre było to, co mówił jej, Kaspin. Przyszły władca Hiszpanii był najbardziej normalny z ich trójki, najbardziej dysponujący możliwością poprawnej komunikacji z drugą osobą. Edward był wstrzemięźliwy i bardzo opanowany w swych czynach oraz słowach, Alexander za to jego przeciwnością. Jednak to właśnie wolałaby doznawać mniej bodźców niżeli zbyt dużo. Nadal nosiła na sobie skazę, która zapadła na jej psychice dzięki ojcu.
            Kiedy więc narzeczony, wieloletni żołnierz na polu bitewnych, prowadził ją do dworu cała się trzęsła. Inni mogli to przypisywać jej skromnemu odzieniu, ona jednak wiedziała, że ma to swoje korzenie w jej sercu. Wchodząc do holu nikogo nie napotkała. Spojrzała na wysokie schody i wiedziała, że nie da rady wejść. Zacisnęła wątłą dłoń na poręczy chcąc zebrać siły. Na darmo. Alexander nadal przy niej stał i widząc jej zachowanie, wziął ją na ręce. Wydawało się jakby podniósł piórko, w ogóle nie odczuł jej ciężaru. Przemierzał schody równym tempem a ona nawet nie miała siły powiedzieć, aby ją puścił. 
Czy był sens rwania się niepotrzebnie?
            Przecież on teraz miał do niej pełne prawo, po ślubie jego dotyk ma stać się przesłanką ich związku. Kiedy poczuła pod sobą miękką kołdrę swego łóżka zacisnęła dłonie w pięści na fraku Edwarda. Nie chciała się pozbyć rzeczy, dzięki której czuła mokry zapach jego ubrania. To tak jakby prawie był obok niej. Musiała użyć dużo wyobraźni po jego słowach, aby coś takiego w ogóle pojawiło się w jej głowie. 
Kiedy Alexander położył na niej dodatkowe koce zamknęła oczy. Czuła jak policzki ją pieką od zimna, do którego się przyzwyczaiły przez czas, kiedy stała w deszczu. Mężczyzna nachylił się i odgarnął z jej twarzy zbłądzone kosmyki blond włosów, po czym pocałował ją w czoło.
- Pokochasz mnie tak jak jego… zrobię wszystko by tak było.- Powiedział szeptem i ruszył do drzwi. 
W nich minął się z Amandą, która znała zbyt dobrze decyzję króla Hiszpanii. Ukłoniła się wychodzącemu mężczyźnie a następnie usiadła niedaleka łoża, w którym zasypiała zdruzgotana Millie.




            Lato w większości już przeminęło, a na pewno te jedyne ciepłe dnie Anglii. Ślub miał się odbyć na początku jesieni, wydawało się, że czasu jest dość sporo, jednak każdego dnia Millie popadała w jeszcze większy popłoch. Nie miała ujścia swych emocji. Nie mogła liczyć na rozmowy z Edem, które zawsze jej pomagały. Nie mogła powierzać swych uczuć Amandzie, bowiem miała i tak zbyt wiele na głowie. Została przydzielona Alexandrowi i jedynie to musiało jej przyświecać. Tak bardzo chciałaby już zostać królową Anglii, dzięki czemu mogłaby poświecić się czemuś pożytecznemu a nie jedynie czekaniem na to, co los na nią sprowadzi.  
           Edward nie wyprowadził się z dworu, jednak, jeśli przed ogłoszeniem, kto będzie jej mężem nie odzywał się tak obecnie bardzo często zabierał głos w jej rozmowach jednak znakomicie ją negując. To dodatkowo utrwalało ją w tym, co czuła, cierpiała dodatkowo. Najdziwniejsze było to, iż nie miała mu tego za złe. Buntował się wewnętrznie, kiedy widział po swych ostrych słowach w jej oczach ból, ale też zrozumienie. A robił to wszystko, dlatego aby go znienawidziła, aby to w jego bracie dostrzegła mężczyznę jej życia. Na marne. 
Spór między średnim a najmłodszym z rodu ciągle się wyostrzał, wisiało nad nimi nieporozumienie i uczucie do jednej kobiety. To nigdy nie jest dobrą przesłaną dla dwóch charakternych mężczyzn. Gorsze od wypowiedzianych słów, były te, które wisiały napinając atmosferę.
         Karol to wszystko widział, widział ten nieszczęsny trójkąt uczuć i musiał coś z tym zrobić. Nie umiał milczeć, nie umiał być bezstronny. Po wielokrotnych rozmowach z Kaspinem obrał swoją strategię. Pewnego dnia postanowił wziąć dwóch braci na polowanie. Millie nic o całym fakcie nie wiedziała. 
Kiedy weszła do niewielkiego salonu gdzie przebywał jej przyszły szwagier i nie spotkała przy nim żadnego z jego braci nieco się zdziwiła.
- Nie powiedzieli ci abyś się nie denerwowała.- Powiadomił ją mężczyzna przeczesując palcami swoją okazałą brodę.
- Nie było to miłe rozwiązanie wzięte pod uwagę… przecież tam oboje mogą stracić zmysły w dodatku trzymając dłonie na strzelbach. To może skończyć się tragicznie!- Panikowała dziewczyna gotowa ruszyć na koń, aby ich poszukać.
- Millie, są dorosłymi mężczyznami. Po za tym Karol nie pozwoli na niegodziwe czyny. Myślę, że i tak masz zbyt wiele na swym sercu, aby cię jeszcze czymś obciążać.- Stwierdził zapraszając ją, aby usiadła obok niego na kanapie. Zagryzając dolną wargę usiadła. Dłonie z strzyknięciem zacisnęła w pieści na swych kolanach.
- Jak sobie radzisz?- Zapytał mężczyzna patrząc na nią na wprost.
- O czym mówisz?- Jak zwykle przed obcymi udawała, że nic się nie działo w jej życiu złego.
- O porzuceniu miłości do Edwarda, a pokochaniem Alexandra.- Wyjaśnił bez omijania tematu. Jego mądre oczy były tak ciepłe jakby był jej ojcem. 
Całe skrępowanie tych uczuć odeszło. Zamknęła jedynie oczy, aby czasem jakieś niepokojące łzy jej nie spłynęły po policzkach.
- Nie radzę sobie… Nie chcę sobie radzić, nie chcę pokochać Alexandra. Przepraszam, że mówię to tobie, mężczyźnie, który nie powinien tego wiedzieć, ale to wbrew mnie. Wolałabym zrzec się prawa do posiadania męża, dzieci, tronu… tylko, aby móc być Edwarda. – Wyznała szczerze jak tylko mogła. Kaspin pokiwał głową i ułożył na jej dłoni swoją dłoń.
- Wiesz, że miłość jest zbyt kosztownym czynnikiem nawet, jeśli kieruje się nim w sprawach życia. Liczy się status, nie uczucie.- Mówił łagodnie nie chcąc powiedzieć czegoś, co by wywołało u niej skrajne emocje.
- Tylko, że ja byłabym żoną tego, kogo kocham gdyby nie mój ojciec… Byłabym z nim szczęśliwa…- szepnęła owijając się swymi ramionami.
- Mój też nie jest bez winy. Dziwię się, iż sprzeciwił się waszemu ślubowi, myślałem, że me słowa go przekonają, że słowa istotnie go zadowolą. Myliłem się… - westchnął bezradny przeczesując swoje włosy wolną ręką.
- Mój ojciec wiecznie niszczy mi życie…- dodała otwierając oczy i pacząc przez siebie tępo.
- Co to znaczy?- Uniósł brew mężczyzna wyczuwając napływające na nią inne emocje niżeli te związane jedynie z jej braćmi.
- To przez niego mama musiała uciekać na Nową Ziemię, to przez niego nie wiedziałam, kim jest mój ojciec… to przez niego Edward stracił pamięć, później chciał mi go odebrać kusząc propozycjami dotyczącymi Włoszech… W dodatku odebrał mi coś… Alexander, gdy się dowie rozwiąże małżeństwo… - straciła panowanie nad swymi słowami. 
Zbyt późno ugryzła się w język. Kaspin wyprostował się słysząc to wszystko.
- Millie…- szepnął próbując zdobyć jej spojrzenie, na marne. Na jej policzkach jedynie pojawiły się rumieńce.
- Co on ci zrobił?- Zapytał spokojnie, jednak szło wyczuć jego zdenerwowanie. 
Kiedy zacisnęła jedynie mocniej usta wstał szybko z kanapy i przeszedł się po salonie od jednej ściany do drugiej.
- Niech cię diabli Williamie!- Warknął wściekły.
- Ktoś o tym wie?- Znowu zwrócił się do blondynki jednak ta szybko pokręciła przecząco głową.
- Jedynie Ed… znalazł mnie w lesie…- wyjąkała czując jak jej najczarniejsza tajemnica wychodzi na jaw. Coś, co mogło zniszczyć całą monarchię Dove.

Kaspinowi nagle wszystko się ułożyło w całość. Nagle miał klarowny widok na całą sytuację.
- To przed tym miał cię bronić. Matko… miał cię bronić przed twym ojcem. Czemu wszyscy inni tego nie widzieli?! Jakim zbrodniarzem jest William!- Wszystko się w nim gotowało. 
           Nie umiał sobie nawet wyobrazić, co czuła dziewczyna. Miał córki jednak na przeklniecie swego życia nie pomyślał o nich w inny sposób, nie spojrzał na nie jak na obiekt fascynacji. Były córkami, kwiatami najpiękniejszymi, jakie mógł mieć w swym ogrodzie, wyhodowanymi ciężką pracą.
- On nie wiedział pierw…- odezwała się zbyt cicho, aby mógł ją zrozumieć. 
Jednak zwróciła jego uwagę. Zmarszczył brwi siadając na powrót obok niej. Teraz jednak ostrożnie, nawet nie próbując jej dotykać. Był lekarzem, widział nie raz po takich zbrodniach kobiety.
- Słucham?
- Ja… poszłam tam zamiast Amandy… Sergiusz kazał jej tam iść… on jej nienawidzi. Naprzykrzyłam się mu a ona wzięła wszystko na siebie… Ja wzięłam jej ubrania i poszłam… William przyszedł i… ja nie wiedziałam.- Mówiła a jej usta drżały zniekształcając wypowiadane słowa. Po policzkach spłynęły jej samotne łzy.
- A później?- Dopytywał. Musiał wiedzieć wszystko by móc działać.
- Zrobił to jeszcze dwa razy. Raz w pokoju… a drugi przy… tam byli jacyś mężczyźni… i Robert.- Rozkleiła się, kuląc swe ciało jakby bolał brzuch po silnym uderzeniu. 
Kaspin zakrył usta dłonią. Wstał z miejsca, po czym stanął przy oknie. Nie podziwiał widoku, szukał rozwiązania. Jednak nie umaił, jedyne, jakie widział to zabicie Williama, z wcześniejszą i bardzo bolącą sterylizacją.
- Kiedy się dowiedział ze jesteś jego córką?- Zapytał zerkając na nią. Ona jednak nawet tego nie widziała. Czuła się winna, że to mówi, przecież to mogło ją skreślić. Przecież Kaspin mógł ją nazwać winną temu wszystkiemu i spalić na stosie. Co jeśli w Hiszpanii inaczej na to się patrzy?
- Dopiero po ostatnim razie… później tylko wspominał… Robert miał być jego kluczem do mnie…, Kiedy stałabym się jego żoną… Miałby do mnie prawo i on.- Było za późno, aby cokolwiek tuszować, kłamać.
 Jedynie całkowita prawda mogła ją ochronić i wola Boska. Kaspin przeszedł kilka kroków po czym znalazł się obok niej i przytulił do siebie.
- Twój ojciec jest potworem… Obiecuję ci, że nie dopuszczę, aby uzyskał satysfakcję swych czynów… Zajmę się tym. Zniknie z twego życia. On i Robert.- Mówił a ona chciała w to wierzyć.
- Nie wyjadę, jeśli nie rozwiąże się tej sytuacji nie uwłaczając twej godności. William zapłaci za wszystko.- Wysyczał a wtedy do salonu wszedł właśnie ten, o którym wspominał przyszły król Hiszpanii. 
            Jak zwykle na jego twarzy widniał ten perfidny uśmiech. Za nim szedł Robert i dwóch innych mężczyzn, służba króla. Dziewczyna od razu się wyprostowała jednak nie zdążyła otrzeć łez.
- Jak widzę cudownie spędzacie czas wspominając moją świetlną osobę! Cudownie! Może przyłączę się do was!- Klasnął w dłonie jak uraczona prezentem mała dziewczynka. 
Zamrugał szybko kilkakrotnie powiekami, po czym jego uśmiech zniknął. To tego mężczyzny bała się najbardziej. Znów widziała w jego ciemnych oczach to zło godne piekła.

Kaspin podniósł się szybko z kanapy ciągnąc za sobą dziewczynę.
- Niestety mamy inne plany na spędzanie tego popołudnia.- Odpowiedział chłodnie wyczuwając coś niepokojącego w owej sytuacji.
- Oh! Ależ nie! Poczekajcie! Zostaw mi, chociaż mą urodziwą córkę!- Chwycił Millie za drugą rękę i przyciągnął szybszym pociągnięciem w swe objęcia. Oboje się tego nie spodziewali. 
Hiszpan stanął nieco zaskoczony jednak nie zamierzał odpuścić. Podszedł do króla gotowy walczyć o dziewczynę.
- Bez niej się nie ruszę stąd. Wiedz, że twe dni są policzone w tym królestwie.- Zagroził mu mężczyzna, lecz William i pozostali wybuchli gromkim śmiechem. 
Niebieskooka bała się coraz bardziej. Ten strach zbyt mocno ją paraliżował.
- Nawet nie wie jak bardzo jego chwilki są policzone.- Stwierdził Robert. 
         Zmienił się, przynajmniej to dostrzegła Millie patrząc na jego bladą twarz, jednak jego włosy jakby były bardziej ustabilizowane a ubranie schludne. Przypominał jej ojca. Najgorsza kopia, jaka mogła przyjść na świat.

Kaspin spojrzał na młodzika jednak wtedy jeden z służby zamachnął się. Jedynie głuchy dźwięk sprawiłby jedyna osoba, która chciała jej obecnie pomóc upadła bezwładnie na ziemię.
- Zwiążcie go.- Zarządził William.
- Nie!- Krzyknęła Millie wyrywając się z objęć ojca jednak ten był zbyt silny.
- Nie pamiętasz naszych zasad maleńka? Cóż… przypomnimy ci je…- zaśmiał się, po czym pchnął nią o ziemię. Była zbyt wiotka, aby mogła się temu wzbronić.
 Upadła jak szmaciana lalka właśnie wtedy, kiedy ciało Kaspina było podnoszone i przywiązywane do drewnianego krzesła. Wtedy poczuła mocne kopnięcie w dolną część krzyża.
- Pomocy!!- Zawyła w bólu. Nigdy nie wołała pomocy, nigdy nie odważyła się. Jednak teraz nie tylko ona była zagrożona.
- Krzycz… nikogo nie ma na dworze. Kazałem służbie zająć się stajnią i ogrodem… Krzycz a będzie jeszcze gorzej.- Przykucnął przy niej. 
Gorszył ją jego widok. Podniosła się na łokciu, aby tylko opluć mu twarz. Od razu za to dostała siarczysty policzek w twarz. Nie na żarty mężczyzna poczuł się poniżony. Wstał z ziemi ocierając twarz jedwabną chusteczką.
- Rozebrać ją.- Nakazał chłodnym tonem.
- Nie!- Jej głos ugrzązł w gardle.
- Nie mieliśmy znowu tego robić.- Odezwał się Robert nie rozumiejąc czegoś.
- Stul pysk! Nie podaruję suce!- Warknął porzucając widocznie swój plan. 
             Dwóch rosłych mężczyzn urządzili sobie z rozbierania dziewczyny istną zabawę. Rwali jej suknię, komentowali na głos jej ciało. Wszystko przesycone było jej bólem i ich brudem myśli oraz czynów. Kiedy była naga, potargana i płacząca, na jej ciele widniały już kilka czerwonych zadrapań. 
Wtedy ocknął się Kaspin. Na początku nie rozeznał panującej sytuacji, ale gdy zobaczył blade ciało dziewczyny chciał się zerwać z miejsca.
- Mały rycerzyk.- Zaśmiał się przez zaciśnięte zęby król odwiązując sznur przy swych spodniach.
- Nie waż się jej dotykać!- Ryknął Hiszpan chcąc się uwolnić z lin, na marne, jedynie dodatkowo się zaciskały.
- Mało, co masz do mówienia…, ale więcej do patrzenia. Jednak… to nie jedyna atrakcja tego popołudnia. Robert!- Pstryknął palcem, kiedy jego spodnie podały mu do kolan. 
Nie krępował się swoim obnażonym ciałem. Czy ktoś taki jak on ma skrupuły? Millie zamknęła oczy odwracając oczy. Ojciec widząc to jedynie wybuchł śmiechem i podniósł ją z ziemi ciągnąc za długie włosy. Pozostawił ją w pozycji klęczącej przed sobą.

         Wtedy Robert podszedł do Kaspina z kubkiem pełnym jakiejś substancji. Służący zbyt chętnie pomogli mu wlać owe coś mu do gardła, prawie dławiąc go płynem.
-, Czego chcesz?!- Zapytał uwięziony wbijając w króla oczy.- Puść ją… masz mnie.- Nadal walczył o blondynkę, kiedy ta modliła się w duchu o ich wybawienie.  Wtedy właśnie została przyciągnięta do męskości mężczyzny i agresywnie zmuszona do haniebnej czynności.
- Oh…- westchnął William z rozkoszą na ustach, kiedy rytmicznie zmuszał dziewczynę do ruchu głowy.
- Widzisz kochany Kaspinie… wyeliminować ciebie i tak chcieliśmy… a że powiedziała ci prawdę… cóż… szlachetnie, że chciałeś… oooh…. Chciałeś jej pomóc. Przed śmiercią taki dobry…- mówił przerywając, co jakiś czas, aby wziąć głębszy oddech.
- Trucizna…- lekarz zbyt dobrze odczuwał jak paraliżują mu się nogi w kolanach oraz dłonie.
- Mięśnie przestają funkcjonować na kilka godzin… serce też mięśnie. Udusisz się.- Powiedział bezkompromisowo Robert dumny z swej przygotowanej mikstury zerkający, co jakiś czas na nagie ciało swej niedoszłej żony.
- Jesteście chorzy!- Kaspin nie odpuszczał, chciał się wyrwać. 
Nie mógł patrzeć na to wszystko. Nie myślał nawet o tym, że zostawi swoją rodzinę, osieroci dzieci i żonę… chciał pomóc Millie, która płakała służąc swemu ojcu niczym prosta sekutnica. William jednak miał urozmaicone plany, co do zabawiania się swą córką. 
           Znów ją pchnął jednak tak, aby oparła się rękami do przodu. Tuż przed krzesłem uwięzionego mężczyzny dochodziło do czegoś niewybaczanego.  Słychać było tylko ciężkie oddechy dwójki jak i jęki króla. Kiedy skończył uwalnianie swych emocji zadowolony pozostawił córkę na chłodnej ziemi? Kaspin na to wszystko nie patrzył? Po jego policzku ciekła łza.
- Ach… byłbym zapomniał. Twój ojczulek ma bardzo podobne pismo do mego… powiedzmy, że pomogłem mu zmienić zdanie, co do żeniaczki mej córki. Nie chcę by była szczęśliwa… A Alexander na pewno jej nie uszczęśliwi.- Zaśmiał się, po czym wyszedł z salonu zabierając swych parobków. 
Millie bezsilnie wstała z ziemi naciągając na siebie jakiś porwany materiał. Mężczyzna walczył już o każde tchnienie. Mógł liczyć się, że każdy oddech jest jego ostatnim i umrze w męczarni. Był tego zbyt świadomy, jako lekarz.
- Przepra…szam.- Mówił łapiąc oddech.

Millie ujęła jego twarz w swoje drżące dłonie. Mogła jego głową sterować jak u zabawki na sznurku.
- Nie mów nic… Skup się… oni zaraz przyjadą i cię uratują… Kaspin błagam.- Mówiła piskliwym głosem łkając.
- Kochałem… ich…- nadal próbował trzeźwo myśleć.
- Żonę i dzieci? Rodziców? Braci?- Próbowała mu ułatwić, aby jak najmniej mówił. Otarła mu łzę z policzka, i wszystkie kolejne.
- Wszystkich…- westchnął i z trudem otworzył oczy. Były już niemal nieobecne, straciły blask.
- Powiem im to… błagam dotrzymaj… jesteś silny. Kaspin błagam… z rób to dla swych córek…- prosiła. Ten jedynie niemal niezauważalnie uniósł kącik ust i jego twarz stała się spokojna.
- Walcz… Eda…- jego głos nikł. Nie miał już sił. Oczy powoli odpływały gdzieś na bok.
- Nie! Kaspin nie!- Dała mi kilka policzków, dzięki których odzyskała go na chwilę.
- Nie pozwolę ci zniknąć!- Mówiła szybko, niemal niezrozumiale. 
Szybko odwiązała go z krzesła jednak ten zsunął się prosto na ziemię. Nie miał nad sobą władzy. Ułożyła jego głowę na swych kolanach a mu jakby było lżej oddychać.
- Nie zamykaj oczu…- prosiła gładząc jego lekko siwe włosy.
- Podrobili… Ed miał… twój… tata… chciał.- Dukał jakby jego myśli za szybko znikały mu z głowy.
- Odnajdź…- szepnął i spróbował unieść dłoń. 
Millie ujęła jego palce w swoje, aby się nie męczył. Spojrzała mu w oczy i widziała jak zbiera się w sobie walcząc o ostatnie sekundy.
- Odnajdź… walcz…- powtórzył, po czym jego skupione oczy zniknęły. 
Choć patrzył na wprost niej coś się zmieniło. Spojrzała na jego klatkę piersiową. Nie ruszał się. Nie oddychał. Nie ruszał się. Nie docierało to do niej przez moment. Wtedy zauważyła ze sama przestała oddychać oczekując na coś. 
Przyłożyła szybko głowę do jego piersi. 
Nic. 
Odskoczyła od jego ciała z histerycznym krzykiem.
- Nie! Nie! Nie!- Wplątała palce w swe włosy nie mogąc łapać oddechu. 
Rozglądała się po pokoju, szukała ucieczki, pomocy. Ruszyła do drzwi.
- Pomóżcie! – Jej pisk rozszedł się po całym holu donośnie.
 Jednak odezwało się jedynie echo. Wtedy usłyszała kroki. Narodziła się nadzieja. Jednak wtedy ujrzała dwóch rosłych. Z uśmiechem weszli do salonu odpychając dziewczynę.
- Szybko poszło…- zaśmiał się jeden zwijając sznur.
- Młody dał zdwojoną dawkę. Nie chciał pana zawieść… -zawtórował mu drugi zaczynając pozorować śmierć Kaspina.
- On umarł!- Krzyknęła dziewczyna jakby oni o tym nie widzieli.
Jak mogli być tacy nieczuli. Wtedy oboje posłali do siebie znak. Ten pierwszy ruszył do dziewczyny, po czym przerzucił ją sobie przez ramie, jak worek pszenicy, którą zapewne nosił większość swego życia. Zaniósł ją do jej pokoju.
- Masz się ubrać. Zaraz przyjadą. Lepiej dla ciebie, aby nie rozpoznali, co robiłaś z swym ojcem.- Uśmiechnął się bluźnierczo uwydatniając swoje braki w uzębieniu.
Zostawił ją samą. Dopadła do szafy ubierając jedną z luźniejszych sukien, wtedy usłyszała wjeżdżające konie na plac przed dworem. Od razu ruszyła biegiem. Wciąż przed oczami miała ciało, Kaspina, które leżało tam samotnie. 
           Szybko znalazła się na trawniku gdzie byli bracia umarłego jak i jej wuj. Od razu zauważyli jej łzy, stan, panikę na twarzy.
- Co się stało!- Zeskoczył z konia Karol jak i pozostali podbiegając do niej.
- Kaspin… on… on nie żyje…- wyjąkała w spazmach płaczu prawie upadając na ziemię. Gdyby nie wuj pewnie i tak się stało.

Wtedy obok nich znalazł się William z maską na twarzy. Był równie zaalarmowany, co dziewczyna.
- Przed chwilą go znaleźliśmy… leży w salonie… - mówił urywając słowa. Edward i Alexander rzuciło się biegiem w tamtą stronę.
- Jak to się stało?- Zapytał Karol tuląc do siebie bratanicę, która nie miała siły utrzymać się na nogach. 
- Ja…- chciała zacząć dziewczyna jednak wtedy poczuła rękę ojca, która miała dać jej ‘’wsparcie” lub raczej powstrzymać od powiedzenia pewnych rzeczy. 
- Ona go znalazła… wpadła w panikę. Później przybiegłem ja.- Mówił relacjonując wymyślone wydarzenie.
- A gdzie byli pozostali? Gdzie służba?!- Oburzył się właściciel dworu.
- Za późno, aby ich osądzać. Musimy zająć się żałobnikami. – William przejął moralną stronę chcąc uniknąć rozczesywania sprawy dotyczącej służących, których odprawił do ogrodu.
- Millie, dasz radę dojść do dworu?- Zapytał dziewczynę. Była zbyt roztrzęsiona, aby odpowiedzieć. Wtedy przy niej znalazła się Amanda, widziała całe zgromadzenie z daleka i porzuciła przyporządkowaną jej pracę.
-, Co się stało?- Zapytała brunetka.
- Zajmij się nią, dobrze?- Poprosił Karol a następnie wraz z ojcem dziewczyny ruszył do braci, którzy odnaleźli ciało swego brata.
- Millie…- przyjaciółka nie wiedziała, co się stało.
- Zabili go…- szepnęła w amoku, po czym jej ciało domówiło posłuszeństwa. 
Upadła.





Mam nadzieję, że jesteście ciekawi jak dalej się to rozciągnie. 
Jakie emocje i odczucia?
Mam nadzieję ze poczuliście to co ja gdy to opisywałam :)
Miłego weekendu i jeszcze raz dziękuję za tyyyyyle wyświetleń!
Zapraszam do komentowania :)

wtorek, 9 grudnia 2014

Opowiadanie "Świeca" rozdział 13.



                                                                  13.



          Nie pukała do drzwi jego pokoju. Wiedziała, że tam jest jednak też wiedziała, że i tak by jej nie chciał pokazywać się w tym stanie. To nie było łatwe dla niego, dlatego tym bardziej czuła, że musi być przy nim. Ścisnęła w dłoni niewielki materiał, kiedy nadusiła klamkę. Weszła widząc jak siedzi na swym łożu chowając twarz w dłoniach. Włosy miał w pewnym chaosie. Nie drgnął widocznie nie zauważając jej obecności. Zamknęła za sobą drzwi i podeszła próbując odgadnąć, co on może czuć. Na pewno był zagubiony. Usiadła na pościeli obok niego i położyła dłoń na jego kolanie. 
          Wtedy po prostu położył swoją głowę na jej kolanach kładąc się na resztę materacu. Był zwinięty w kłębek, z napiętymi mięśniami. Gdy Millie na niego patrzyła wydawał się niczym mały chłopiec, który się zgubił. Serce zaczęło ją ściskać. Widziała jego reakcję jeszcze przed dworem. Zaczął się szarpać, krzyczeć. Bał się, nikt nie był wstanie go uspokoić. Teraz milczał. Dziewczyna powoli zaczęła gładzić dłonią jego zarośnięty policzek, a następnie przeczesywała palcami włosy, które doprowadzała do ładu. 
Edward westchnął głośno i odwrócił się twarzą do sufitu, dzięki czemu mógł na nią patrzeć.
- Wygłupiłem się.- Szepnął i zamknął oczy.
- Nic się nie stało…- dopowiedziała pewna swych słów.
- Wzięli mnie pewnie za niebezpiecznego kretyna.- Przetarł dłonią zmęczoną twarz a klatka piersiowa powoli się unosiła.
- Bardziej byli przejęci faktem, że żyjesz niżeli tym, iż tak zareagowałeś.- Widząc jak ucieka wzrokiem złapała jego podbródek w dłoń i sprawiła, aby jego brązowe oczy wpatrywały się w nią.
- Nie zadręczaj się.. Proszę. – Po czym nachyliła się nad nim, aby złożyć na jego ustach powolny pocałunek. 
Jęknął czując tą pieszczotę. Odruchowo jego dłoń znalazła się na jej karku.  Po tym zbliżeniu przyszła królowa zaśmiała się i usiadła prosto. Ed nadal miał zamknięte oczy jednak nieco się zrelaksował.
- A więc mam braci…- westchnął wstając z łóżka i poprawiając swoją białą koszulę.
- Już dawno byś ich miał gdybyś nie był tak mocno zawzięty i nie został w izbie.- Zaśmiała się czując, że miała rację. Przecież chciała, aby poznał już wtedy Alexandra. Podeszła do niego wyciągając dłoń, w którym miała owy delikatny materiał.
- Co to?- Zapytał marszcząc brwi, kiedy zakładał musznik na szyję.
- Twoja poszetka… pamiętasz? Znalazłam ją pierwszego dnia, kiedy przybyłeś do dworu. Źle rozczytaliśmy inicjały. EG a nie ED.- powiedziała zadowolona składając materiał tak, aby móc wsadzić go do przedniej kieszonki w fraku mężczyzny. Gdy zadbała o chusteczkę Edward przejął jej dłonie i zmarszczył brwi.
- Wychodzisz za mojego brata…- szepnął głosem przesyconym bólem. Millie spojrzała na niego nie rozumiejąc tego.
- Co?- Zapytała jednak po chwili zdała sobie sprawę.- Alexander…- niemal zrobiło jej się słabo. 
          Odsunęła się od niego czując jak ściska ją coś na żołądku. Dotknęła dłonią usta a usta zaszły mgłą. Dopiero teraz jej to uświadomił. Miała zostać szwagierką mężczyzny, którego pragnęła. Miała żyć przy boku brata ukochanego, widzieć Edwarda często jednak nie mieć do niego prawa. Co innego gdyby wzięła ślub z obcym im mężczyzną. Rozdzielenie ich może by ułatwiło rozłąkę. Nie wiedziała czy potrafiłaby patrzeć na Eda przy innej kobiecie. 
Spojrzała na niego, kiedy ten klękał u jej stóp. Dotknęła jego policzka ponownie i poczuła jak łzy biorą nad nią siłę.
- Nie płacz… to niewiele da.- Błagał widząc jej stan. 
To tylko jeszcze bardziej pogarszało jego stan. Dostatecznie czuł się porzucony przez los doświadczając tego wszystkiego. Sam już nie był pewny czy spotkanie dziewczyny nie stało się dla niego przekleństwem.
- Oni… Alexander i Kaspin czekają na ciebie…- przypomniała sobie ocierając łzy.
- Należy stawić się temu czoła… Już jestem ciekawy, jakich kąsków się o sobie dowiem.- Jego sarkazm był wyczuwalny zbyt czytelnie. Jednak oboje wiedzieli, że nie ominą tego. 
          Millie wstała poprawiając swoją suknię, po czym splotła jego dłoń z swoją. Chciała jeszcze ten czas być przy nim, czuć go. Ruszyli w stronę drzwi, jednak tuż przed otwarciem ich Edward zatrzymał się i przyciągnął gwałtownie do siebie ciało blondynki. Ich usta znów się złączyły. Ten pocałunek był inny, szybki, niemal miażdżył jej usta. Nie nadążała za jego ruchami, nie wiedziała, co się dzieje. Kiedy odsunął się spuścił głowę na dół i zagryzł dolną wargę.
- Będziesz żoną mego brata… nie mogę… nie możemy… To jest moje pożegnanie.- Po tych słowach wyszedł z swego pokoju zostawiając ją samą.
        Brakło jej powietrza w płucach. Oparła się o ścianę zamykając oczy by znów nie płakać. Dlaczego tak wszystko ich raniło? Miała pustkę w głowie. Czy oboje byli na tyle silni, aby takie pożegnanie miało miejsce? Jak mieli to wypełnić, kiedy żyli oddzieleni jednie ścianami? 
Ruszyła w stronę salonu gdzie czekali Hiszpanie oraz Karol. Był tam też Edward. Wszyscy siedzieli przy masywnym stole i rozmawiali. Nie przerwali nawet w momencie, kiedy się pojawiła. Tylko Dove zamilkł sunąc wzrokiem za bratanicą. Znał ją i jej delikatną twarz, aby zauważyć zaróżowienia pod powiekami od wycierania łez. 
Dziewczyna usiadła obok niego na pustym krześle. Od razu ścisnął jej dłoń próbując wesprzeć.
- To, dlatego wydawało mi się, że znam to miejsce?- Zapytał Ed próbując nie zwracać uwagi na obecność niebieskookiej.
- Tak, było to jak miałeś dziewięć lat. Ojciec chciał odwiedzić Karola. Wtedy też poznaliśmy matkę Millie.- Mówił Kaspin zerkając na dziewczynę. Gdy tylko usłyszała, o kim wspominają.
- Znałeś moją matkę?- Zapytała przyszłego króla, a Alexander, który siedział obok niej ujął w swoją dłoń jej prawą rękę. Edward zazgrzytał jedynie zębami, ale nie reagował.
- Choć byłem młodym chłopcem sam ją pamiętam wystarczająco dobrze. Bardzo ją przypominasz.- Stwierdził narzeczony dziewczyny i ucałował jej dłoń.
 Jego ciepłe, brązowe oczy jakby widziały tylko ją. Nieco poddała się jego uśmiechowi jednak wtedy przyuważyła Eda, który się temu przygląda. Od razu jej serce nawiedziło zimno. Z chrząknięciem wstała od stołu i podeszła do okna.
- Jednak występuje teraz inny problem.- Zaczął Kaspin zwracając na siebie wszystkich uwagę. 
Głos był jakby zakłopotany. Nerwowo przeczesał dłonią brodę i westchnął.
- Do ślubu z Millie miał zostać oddany najmłodszy z rodu, czyli Edward… Jednak, kiedy doszła nas informacja o jego śmierci ojciec wydał rozporządzenie, że Alexander będzie jej mężem. Teraz wystąpił konsensus… Tak naprawdę oboje mają prawo do jej ręki, i nikt po za królem, naszym ojcem nie może wybrać jej małżonka.- Wyjaśnił. Wtedy zapadła wielka cisza w pomieszczeniu. 
          Millie zbladła, co nie uszło uwadze Kaspinowi, który jej się przyglądał. Wstał z swego miejsca i objął przyszłą szwagierkę w pasie. Jako lekarz był wyczulony na wszelkie niepokojące stany osób. Edward zerwał się i podbiegł do niej biorąc ją na swe ręce, aby zanieść na niewielką kanapę stojącą przy ścianie.
- Otwórzcie okno, Alexander daj wodę.- Zarządził lekarz rozwiązując dziewczynie gorset z przodu sukni. Karol złapał go za rękę mrożąc wzrokiem.
- To paskudztwo przeszkadza jej w oddychaniu!- Warknął Kaspin wyrywając swój nadgarstek i powrócił do tego, co robił. Po kolejnej chwili, kiedy najstarszy z Hiszpanów skrapiał lico dziewczyny ona wreszcie odzyskała trzeźwość umysłu. Spojrzała nieprzytomnym wzrokiem na wszystkich obecnych i wyciągnęła rękę do wuja, który zajął obok niej miejsce wzdychając ciężko.
- Milluś moja droga…





           Mijały dni po wykonaniu stosownego listu do Alfredo, króla Hiszpanii, ojca trzech wspaniałych mężczyzn. To wtedy Edward najbardziej omijał Millie, stał się oziębły. Nie wiedziała, dla czego, za to jego brat był przy niej każdego dnia. Alexander nie dopuszczał do siebie żadnej negatywnej myśli. Czasami zachowywał się tak jakby Ed nie istniał. Liczyło się tylko to, aby wzięli ślub. Im bardziej mu wydawało się, że jest bliski dziewczyny tym bardziej Millie się oddalała.
         Tej zabawie w kotka i w myszkę przyglądali się Kaspin i Karol. Ta dwójka była niesamowicie do siebie podobna. Stateczni, znali siebie już długie lata. Może właśnie to sprawiło, że przyszła królowa jeszcze bardziej zaufała lekarzowi.
Pewnego popołudnia spędzali czas w jednym salonie pełnym książek. Mężczyzna nigdy nie zamierzał tracić czasu, zawsze twierdził, że są w medycynie takie rzeczy, które należy bez wątpienia odkryć.
- Jakiej odpowiedzi oczekujesz?- Odezwał się w końcu odkładając pióro, którym pisał. Millie spojrzała na niego widząc jak ciemne oczy prześwietlają jej wnętrze. Chyba to właśnie Edward był najbardziej do niego podobny.
- Niegodziwe jest oczekiwać… może to nas jedynie rozczarować.- Bała się udzielić na głos swej odpowiedzi. Bała się, że zostanie nazwana zuchwałą.Bała się znów ośmieszenia swych myśli.
- Twój wuj wspominał coś o Edwardzie…- zaczął, jednak widząc pojawiający się rumieniec na twarzy dziewczyny zawiesił głos. – Było by prościej gdyby Alexander się zrzekł… Wiedział, że Edwardowi zależy, zawsze się robił snobistycznie egoistyczny, kiedy na czymś mu zależało. Nagle zachciało mu się dla przekory startować w biegu rydwanów.- Wywrócił oczami mężczyzna zamykając ciężką księgę. Oparł się wygodnie o oparcie fotela i splótł dłonie na kolanie.  Dziewczyna nie chciała rozpamiętywać tego, czym kierował się jej narzeczony.
- Miał prawo, ma prawo do tego układu. – Przyznała dyplomatycznie.
- Godna jest twa postawa. Po raz trzeci wybierają ci narzeczonego a ty okazujesz swój stoicki spokój. Rad powinna być cała Anglia, iż będziesz jej królową… może wtedy ożyję.- Uśmiechnął się do niej szczerze.
- Jaki był Edward?- Zmieniła temat. Nie chciała wchodzić w tematy polityczne, bo te bez wątpienia wiązały się z jej ojcem.
Kaspin słysząc pytanie zaśmiał się jakby coś sobie przypomniał i spojrzał rozmarzony na malowidła zamieszczone na suficie.
- Mój najmłodszy braciszek? Ogień… było go pełno, jeśli zawiał wiatr. Istnie artystyczna dusza pod każdym względem. Omijał wszystkie zobowiązania, wymogi. Czuł się bezprawny. Sprawiał wiele zawodów, problemów, mezaliansów jednak przez to obrazował się najbardziej czytelnym charakterem. Pomimo wszystko to, co mówił miało przełożenie na życie. To nie było jak uczucia Alexandra, które są bardziej rzuconym pyłem kwiatowym. Słowa i emocje Edwarda to ciężki, milowy kamień, który zapada raz na wieki.- Spojrzał z dozą obawy na dziewczynę. Dawał jej tym sugestywnie znać, jaki jest jego średni brat, jak należy wierzyć w to, co mówi.
- Owszem był czas, dość niedawny, kiedy ojciec przedstawił mu wolę… chciał prędzej przygotować swój kwiat pustyni na owe oblicze, jakie go spotka. Nastąpił bunt. Edward nie odbył wymaganej służby wojskowej. Zbyt trywialnie i fizycznie podchodził do kobiet. Nie wiemy na ile to było odegranie jego sprzeciwu a ile okazanie jego osobowości. – Wzruszył ramionami. Nie zamierzał być nieszczery w stosunku do niej.
- Jedno jest pewne… kamień milowy zapadł, on jak zwykle kieruje się swoimi morałami… oba się kłócą i walczą. Choć nie pamięta siebie dawnego, to ja wiem i widzę jak patrzy na ciebie. Jak na pierwszy obraz, który namalował, na którym byli nasi rodzice. Jesteś jego pasją, do której tak jak do malowania nie chciał się przyznać. Jednak nawet utrata pamięci nie jest wstanie to z niego wyrwać.- Uśmiechnął się serdecznie do Millie, która zrobiła wielkie oczy na słowa, które wywołały u niej falę ciepła.
- Dlaczego mi to mówisz? Sądziłeś, że należę do Alexandra.- Zarzuciła mu.
- Ludzie się mylą… jednak pomyśl. Czy to nie los powiedział nam prawdę? To on miał być twym mężem. To jego miałaś kochać i szanować. Stracił wszystko, nawet pamięć. Pomimo tego to los skierował was na siebie i ukazał, że uczucia są po za tymi wyznacznikami. Przyjęłaś pod dach włóczęgę, którego zapragnęłaś. Ja nie zamierzam się temu sprzeciwiać.- Wstał z swego miejsca odkładając książkę na regał.
- Nigdy nie powiedziałam, że go kocham.- Broniła się nadal.
- Mam żonę, córki w podobnym wieku do twego… wiem, co czują i czego pragną kobiety. – Z tymi słowami odszedł z pomieszczenia, zamykając za sobą skrzypiące drzwi.
          Potok myśli przebiegał jej przez głowę. Kaspin jedynie udowodnił jak wiele wie o ludziach, jak może uzdrowić i ciało i duszę. Złagodził jej emocje mówiąc to wszystko o Edwardzie, o tym, jaki był i jak czuje. Nie wiedziała tylko, dlaczego tak długo czekał na wyznanie „kamienia milowego”. Owszem, na list ojca jednak… Nadal nie pamiętał swej przeszłości. Czy więc bez tego mógł zrobić tak odważny krok? Sama dziewczyna nie wiedziała, co o tym sądzić. Czy potrafiłaby odciąć się od wspomnień matki i Nowej Ziemi? Jak mogłaby zbudować swoją osobę bez tak ważnej przeszłości? Edwardowi się to jednak udawało. Był kimś szlachetnym i najlepszym, kogo spotkała na swej drodze. Wydawał się mężczyzną bez skazy, po za tą jedną… nad moralnością.




          Kiedy siedziała spokojnie w swym pokoju, rozczesując włosy bardzo wcześnie rano. Wiedziała, że niedługo zjawi się Amanda z dzbanem. Nie musiała się spieszyć, nikt jej nie oczekiwał. Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i do środka wpadła brunetka.
- Millie! Szybo do holu!- Krzyknęła ledwo łapiąc oddech. Przyszła królowa była ubrana jedynie w halkę, którą nosiła do spania.
- Co się dzieje?- Zapytała próbując uspokoić przyjaciółkę.
- Posłaniec… list… od króla… Hiszpanii…- wydukała opierając się o drzwi. 
Tysiące dreszczy przebiegło przez ciało blondynki. Jedynie chwilę stała sparaliżowana strachem by ruszyć do holu nie patrząc na swój wygląd. Zapomniała o tym wszystkim. Biegła ile sił w nogach. Schody wydawały jej się zbyt długie i zakręcone. 
           W przesiąku stali wszyscy mężczyźni tego domu: Karol, William, Robert, Edward, Alexander i Kaspin. To właśnie ten ostatni trzymał zapieczętowaną kopertę. Kiedy dostrzegli strój dziewczyny nie kryli swego szoku.
- Millie wypadałoby abyś przyodziała stosowny strój. Poczekamy na twoje przybycie z listem.- Powiedział wuj nieco zły na jej zachowanie. 
Na ustach ojca pojawił się ten niesmaczny uśmieszek, kiedy dostrzegł przez prześwitujący materiał nagie ciało dziewczyny. Od razu poczuła palące do bólu spojrzenie. Edward wyczuł to. Choć stał stosownie daleko do blondynki podszedł do niej hardym krokiem ściągając z siebie swój frak, po czym założył go na jej ciało. Był tak duży, aby zasłonić ją w odpowiednich skrawkach ciała.
- Dziękuję. – Szepnęła do niego, ten jednak wydał się jakby nie usłyszał ani słowa.
- Jeśli więc sprawę ubioru naszej młodej damy mamy rozstrzygniętą mogę przejść do odczytu.- Uśmiechnął się do niej Kaspin i zerwał pieczęć lakową, po czym złapał głęboki oddech. Otworzył list i zamilkł. Czytał kilka linijek tekstu milcząc. Następnie kartka wypadła z jego rąk i spadła prosto pod stopy dziewczyny.
- Co jest grane?- Uniósł się Alexander. Millie kucnęła sięgając po papier rozczytując pismo zamarła czytając. Spojrzała na Edwarda a oczy zaszły jej mgłą.
- Ed…- szepnęła drżącym głosem.
- Wiedziałem…- odpowiedział zły i się cofnął ruszając szybko do drzwi dworu, przez które wyszedł na trawnik.




No i rozdział :)
Mam nadzieję, że się spodoba chociaż jest nieco mniejszy od poprzedniego.
Tak zwany: Ciąg dalszy nastąpi.  
Pozdrawiam i miłego czytania!

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Wygląd = zmiany :)

Związku z nadchodzącymi zmianami w historii "Świeca", która dobiega powoli końca, chciałam Wam sprawić taki dodatkowy prezent na ten poniedziałkowy dzień. 
Mam nadzieję, że "poważny" wygląd Tumburulki Was zachęci jeszcze bardziej do czytania :) A będzie się działo!
Dzięki, że jesteście! Pozdrawiam i całuję!