niedziela, 4 stycznia 2015

Opowiadanie "Świeca" rozdział 16.



                                                        16.






              Zasnęła zaraz po tym jak poczuła na swej twarzy pierwsze promienie słońca. Nie miała snów. Choć słodko zmęczona, to jednak była przestraszona. Ciągle słyszała w głowie głos ojca. Na szczęście nie przerodziło to się w ilość koszmarów. Kiedy w końcu zapadła w głęboki sen, kiedy odpływała w beztrosce poczuła na swym policzku uśnięcie czyiś warg. Podniosła się szybko z zdławionym piskiem w ustach.
- Spokojnie Millie…- zaśmiał się Edward leżąc na łóżku obok niej.
 Jak zwykle miał na sobie idealnie skrojony frak, włosy w ładzie jakby noc nie istniała. Oczy świeciły mu jak gwiazdy w bezchmurną noc, a policzki miał zdrowo zarumienione. Jakby coś go odmieniło. Ona go odmieniła.
Upadła bezwładnie na poduszki uspokojona, że to on. Wejrzała znów na niego, Ed niewiele czekał. Wpił się w jej usta, spragniony jej bliskości, a zaraz po tym objął tak, aby jej głowa leżała na jego ramieniu, a prawą dłoń położył ja jej tali. Jego nos delikatnie przetarł jej skroń wdychając tak dobrze znany mu zapach.
- Tak mi cię brakowało, gdy się obudziłem a ciebie nie było.- Szepnął zamykając oczy.
- Wiesz, że nie mogłam tam zostać…, choć nie wiem czy nie byłoby tak lepiej…-westchnęła przyciągając go do siebie, aby móc się jeszcze bardziej przytulić. Pragnęła jego ciepła i bliskości.
- O co ci chodzi?-Zapytał unosząc nieco głowę, aby móc na nią spojrzeć. Skrzywiła się. Nie umiała go okłamywać a on był tego świadom.
- Kiedy wyszłam od ciebie… spotkałam mego ojca.- Aż poczuła jak ciało ukochanego całe sztywnieje. Skrzywiła się wtulając się w jego obojczyk.
- Zrobił ci coś?- Jego głos był chłodny, jednak jedynie mocniej ją do siebie przysunął.
- Nie… nie bój się… to znaczy powiedział coś dziwnego.- Szepnęła zamykając oczy.
- Co takiego?- Edward miał jedno nastawienie do mężczyzny. 
Odkąd dowiedział się, kto zlecił zabójstwo jego brata planował jedynie zimną zemstę, ten dodatkowy powód mógł jedynie sprawić, aby William jeszcze bardziej odczuł winę swych poczynań.
- Że zawsze będę jego…- usta Millie zadrżały bojąc się, co mogą przynieść takie słowa.
- To już jego plugawe życzenie… Nie bój się już. Niedługo nic nam nie stanie na przeszkodzie.- Ucałował ją w czubek głowy i położył głowę na jej poduszce. 
             Splotli swoje palce tak, aby nic po za ich dobrowolną wolą mogło rozdzielić.  Niedługo po tym jednak nie umieli tak po prostu leżeć spokojnie w jednym łóżku. Nie po tym, co razem przeszli i jak długo musieli skrywać swoje uczucia. Szybko znalazła się na jego ciele, w białej halce, która była zrobiona z cienkiego materiału. Gładził jej krągłości pozwalając sobie na zuchwalstwo w tym momencie. 
            Usłyszeli dźwięk otwieranych drzwi. Za późno by odgrywać swoje role, by zamaskować to, co się działo. Oboje w swych ramionach spojrzeli w daną stronę. Stała tam brunetka, zaszokowana, z okrągłymi oczami. Trzymała w swych dłoniach dzban z wodą. Odstawiła przedmiot na ziemię i ruszyła w stronę łoża, odrzucając od siebie poczucie dyskomfortu.
- Czy wy poszaleliście?! Co jakbym to nie ja weszła? Co jeśli byłabym Alexandrem! Nie myślicie? Matko jedyna wierząca w wszystkie swoje dzieci! Nierozsądni!- Zaczęła unosząc swój głos. Podeszła jak najbliżej Eda i zaczęła ciągnąć go za rękę.
- Wstawaj! Zawsze taki rozsądny a teraz, co? Rozum spadł ci niżej? Każdy mężczyzna tak ma! Wiedziałam, że tak się skończy! Powinnam was pilnować całe dnie i noce!- Mówiła jak w transie. 
Millie nagle wybuchła śmiechem siadając na łóżku. Mężczyzna próbował się bronić, powiedzieć, chociaż słowo, ale na marne. Amanda była silną dziewczyną, przez co dała sobie radę pociągnąć go za sobą aż na środek pokoju.
- Dziewko opanuj się!- Szarpnął swym rękawem malarz i przeczesał dłonią włosy, które obecnie miał w nieładzie.
- To ja muszę mieć zdrowy rozsądek!- Założyła ręce na piersi jak zwykle gotowa do ostrej wymiany zdań.
- Amanda odpuść… nie musisz stać na straży mojej osoby.- Westchnęła blondynka wstając z łóżka.
 Spokojnym krokiem sprawiła ze była już koło dwójki. Edward szybko położył dłoń tak, aby ją objąć w pasie.
- Spoufalanie się wam tajemniczo w komnatach nie jest godne osobą waszych pokroi. Błagam was…- jęknęła przechylając głowę na bok.
- A gdy stanę się jej mężem?- Zapytał brązowooki mając w swych oczach te wesołe chochliki, gdy zerkał na Millie.
- Chcesz zabić brata?- Rzuciła nagle służąca wzdychając ciężko.
Miała ich za niepoprawną parę, która nagle poddała się zbyt dużej atmosferze miłości.
- Ed ma być moim mężem z woli Alfreda. Znalazłam pismo… oryginalne. Miałam od początku do końca nią zostać.- Oświeciła przyjaciółkę blondynka a jej różowe usta wygięły się w miłym uśmiechu. Amanda aż cofnęła się o krok patrząc na parę pełni zdziwiona. Jednak zaraz zaczęła piszczeć i przytulać przyszłych nowożeńców.
- Nie wierzę!- Pisnęła.
 Edward jedynie wywrócił oczami jak zwykle nie rozumiejąc reakcji kobiet. Jak skrajnie można okazywać emocje w przeciągu kilku chwil.
- Ale… to, co z Alexandrem? Matko.. Już goście pierwsi przybyli! Musicie jak najszybciej powiedzieć!
Zawsze miała głowę na karku i chciała pomagać w każdym trudnym lub kłopotliwym momencie. Millie i Edward spojrzeli na siebie, po czym ten ucałował ją w czubek głowy.
- Uszykuj się… ja pójdę po list. Jak mniemam schowałaś go pod jednym z twoich portretów.- Uniósł brew nieco patrząc na nią uważnie. Uśmiech na jej twarzy jedynie to potwierdził.
- Czytasz w myślach?- Zapytała marszcząc nieco swoje czoło udając złość jednak po tym się roześmiała wesoło.
- Znam cię… najbezpieczniej jest u mnie. Do twego pokoju mógł przyjść William czy Robert… Jesteś ostrożna.- Zauważył. 
Ujął jej podbródek w swoją dłoń i złączył usta w delikatnym pocałunku. Wiedzieli, że mogą ufać Amandzie. Odsunął się po tym od niej i kiwnął głową na odchodnym do służącej. W końcu zostały same. Przyjaciółka wyściskała w przypływie radości przyszłą królową. Radość była nie do opisania. Millie nie bała się stanąć przed gośćmi i powiedzieć im całą prawdę. Bała się, co może stać się po tym ze strony Roberta i Williama. Wiedziała jednak, że nie może odpuścić. Musiała walczyć o swoje szczęście. Co innego jej pozostało?
               Przy pomocy Amandy ubrała na siebie jedną z lepszych sukien, jakie skrywały jej skrzynie z ubraniami. Była w kolorze brązowym z złotą nicią, oraz wstążkami. Tak oto wyszła z pokoju gdzie czekał na nią Edward. Przyjął jej dłoń i założył na swoje przedramię. Razem zeszli po długich schodach idąc w kierunku największego z salonów. To tam Karol przyjmował gości wraz z Alexandrem. Słychać było już w holu głośne rozmowy. 
Tuż przed otworzeniem drzwi Edward złożył na dłoni swej towarzyszki pocałunek niczym obietnice. Zaraz po tym znaleźli się w wnętrzu. Millie nie rozpoznawała twarzy zaproszonych uczestników jej wesela. Największą cześć stanowili goście, których zawiadomił William.
- Millie! Kochanie! Tak długo na ciebie czekałem!- Uśmiechnął się szeroko Alexander podchodząc do dziewczyny z rozłożonymi rękami. Nieco zaniepokoił się obecnością przy jej boku Eda jednak postanowił tą myśl zaniechać. Ucałował policzki blondynki.
- Drodzy zebrani oto moja przyszła żona!- Powiedział donośnym głosem biorąc wolną dłoń Millie.
- Bracie… lepiej byłoby chwilowo zaprzestać tych zachowań.- Malarz miał konspiracyjny głos nie chcąc ośmieszać członka swej rodziny przy wszystkich.
- Co masz na myśli?- Zdziwił się starszy z rodu marszcząc przy tym nerwowo brwi. Znowu zerknął na złączone dłonie pary i zacisnął usta.
- Popełniono haniebny czyn.- Szepnęła Millie uciekając spojrzeniem w bok. 
Wtedy z odległej kanapy wstał William. Jego dumny i przewartościowany krok było słychać w całym salonie. Za nim szedł Robert, z głową opuszczoną nisko.
- Córko! Cóż za haniebny czyn?- Zapytał król Anglii zwracając na to całe zgromadzenie jeszcze większą uwagę gości. 
Wszyscy ucichli. Dziewczyna spojrzała na Edwarda. Jego bystre oczy nie straciły blasku. Widziała jak się prostuje gotowy do walki. Karol przetarł dłonią twarz nieco zmęczony.
- To nie ty masz być mężem Millie.- Powiedział do Alexandra pacząc mu prosto w oczy. Ten jakby dostał odsunął się jak oparzony.
- Coś ty mówisz?- Zapytał jednak chwila dedukcji sprawiła, że uchylił usta mierząc ich wzrokiem. – Co wyście zrobili? Haniebny czyn? Millie! Zdradziłaś mnie z mym własnym bratem i w dodatku śmiecie mi mówić, że nie ja mam być twym mężem?- Uniósł głos oburzony.
- To nie tak!- Głos dziewczyny podniósł się o oktawę, broniąc swej godności. – Niepoprawnie interpretujesz fakty!- Dodała robiąc krok w jego kierunku.
- Wypadałoby to wyjaśnić.- Odpowiedział Karol.
 Wiedział, że musi wejść w tą rozmowę. Wiedział, co łączy ta szaloną dwójkę i tak samo jak Alexander przyjął do siebie pewną wersje wydarzeń.
- To wiele panu wyjaśni.- Edward nie zamierzał nadużywać słów. Nie teraz. Wyjął spod swego fraku list z pieczęcią. Podał go panu domu. Brązowe oko zmierzyło papier oraz pieczęć.
- List od twego ojca…- rozpoznał go zbyt dobrze. – Widziałem go już.- Westchnął zrezygnowany.
- Ten jednak jest oryginalny.- Powiadomił go ściskając nieco mocniej dłoń dziewczyny.
              Millie badałam reakcję jej ojca. Ten z lekkim uśmiechem stał zapalając cygaro. Nie mogła rozpoznać, co knuje. Był największą zagadką, jaka stanęła jej na drodze.
            Karol czytał dość długo list, przez co Alexander jeszcze bardziej odczuwał emocje tej sytuacji. Czuł się ośmieszony tą sytuacją. Tracił wiele w tym momencie swego szacunku.  Kiedy Dove skończył bez słów podał kawałek papieru samemu zainteresowanemu. Ten łapał słowa niczym pasikoniki na polanie. Oczy skakały mu po starannie stawianych literach. Z ust wydobył mu się głośny świst. Spojrzał na dwójkę zagryzając dolną wargę ponownie.
- Czym jest prawda i kto to zrobił?- Zapytał, gdy opadły mu ręce do boków. Był bezradny.
- Jak mniemam jest to ktoś z domowników. O ile ten list jest oryginalny…- stwierdził Karol rozglądając się po zebranych.
- Najlepiej gdyby w tej sprawie odezwał się król.- odpowiedział Edward patrząc ostro na Williama. Młodszy z braci Dove uśmiechnął się mając w ustach cygaro i przechylił beztrosko głowę na bok.
- Nie rozumiem twych podejrzeń. Cóż miałbym na tym skorzystać? Hmmm? Władzę? Pieniądze? Znajomości?- Pytał, po czym z swych ust wypuścił kłęby dymu.- Ale ja to wszystko mam. – Zaśmiał się idąc w ich stronę powolnym krokiem. Spojrzał na Millie w sposób, który przyprawiał ją o mdłości.
- To wy macie powody by bawić się w fałszerstwo. A co jeśli ten list jest podróbką? Co jeśli oryginał odczytaliście pierwszego dnia? – Jego głos nagle zawisł a cisza w salonie aż piszczała. Spojrzał na swego brata i westchnął.
- Ah… czy nie przypomina ci ona jej matkę? Kłamstwa… romanse… nierządy?- Wywrócił oczami dotykając ramienia Karola. Ten się cały napiął jednak milczał.
- No tak! Nierządy… Byłbym zapomniał. Drogi Alexandrze… powinieneś znać swoją przyszłą…żoneczkę z innej strony. Myślisz, iż co pchnęło ją do takich zachowań? Cóż… nie pierwszy raz widziałem jak się wymykała z pokoju pana per malarza. Nie jeden raz znikała na noc i znajdowała schronienie w lesie w oddalonej izbie… Czyż to nie zawsze pokrywało się z ucieczkami? Czy nie brzmi to ci znajomo?- Spojrzał na Alexandra, któremu twarz stężała. William podkładał mu puzzle, które każdemu ułożyłyby się w całość. Goście zaczęli szeptać pomiędzy sobą pod adresem przyszłej królowej.
- Cóż… haniebne czyny zapewne były i to nie raz… tylko, co pchnęło was dopiero teraz do tego postępku. Ah! Może jesteś córko ma w błogosławionym stanie? A może byłaś? Ostatnio blada chodziłaś po domu… Może wypytać mam się twych służek, kiedy ostatnio przechodziłaś kobiece dolegliwości?- Jego głos był pełny jadu. Karol spojrzał gdzieś w bok. Nie wiedział jak oceniać tą sytuację. Wszyscy wydali na nią wyrok. Czuła to. Ośmieszona i zmieniona opinia. Nawet ze strony wuja.
- Nie odbierzesz mi jeszcze tego…- syknęła czując jak w niej coś się łamie.
- Słucham?- Zdziwił się król zainteresowany tym, że na jej policzkach pojawiają się łzy. Czuł ze wygrał tą wojnę.
- Millie..-Szepnął Ed przytulając do siebie dziewczynę jednak na marne. Ta się wyrwała z jego objęć, co przykuło uwagę tych, co na chwilę unikali jej widoku.
- Odebrałeś mi największy dar, który mogłam dać ukochanemu mężczyźnie, odebrałeś mi odwagę, niewinność, odebrałeś mi wiarę w swe ja… Dałeś mi lęk przed każdym cieniem, przed każdym dźwiękiem… dałeś mi strach o każdy dzień, gdy jesteś blisko. Odbierasz życie wszystkich, których masz dookoła siebie.- Wysyczała podchodząc do niego. Nie uważała na słowa. Nagle zapomniała o wytycznych.
- Millie, jak ty się zachowujesz w stosunku do ojca? – Uniósł się Karol nieco gniewnie.
- Jeśli mam mieć takiego ojca to wolałabym się nie narodzić!- Krzyknęła z mokrymi policzkami. Było słychać gorycz i prawdę w jej słowach.
-Cała wdzięczność…- prychnął William zakładając dłonie na torsie.
- Jak śmiesz twierdzić, że mam ci być czegoś wdzięczna? Może tych siniaków? Albo zakrwawionych sukien? – Zapytała teraz stając oko w oko z oprawcą. W pierwszym momencie przestraszył się jej słów.
 Poczuł zimny pot na karku jednak nadal był kłamcą. Robert, stojący z boku, pobladł widocznie. Do salonu weszła Amanda wraz z Sergiuszem oraz pozostałą służbą, bowiem miał być czas posiłku.
- Co to ca insynuacje wyssane z palca?! Czy ty wierzysz w to, co mówi ta żmija?- Krzyknął odsuwając się od niej. Ta jednak miażdżyła go spojrzeniem.
Karol przyglądał się temu próbując wszystko zrozumieć jednak nadal panował za duży chaos.
- Możesz nam wyjaśnić, o co chodzi?- Zapytał wuj próbując być spokojny.
- Nie… Millie nie warto. – Edward zrobił krok na przód. 
Nie chciał, aby przy tym zbiorowisku dziewczyna wyjawiała to, co zrobił jej ojciec. Nie wiedzieli, co to przyniesie. Dostatecznie on czuł napływ emocji, aby zaraz po spotkaniu wyrównać wszelkie długi.
- Edward… muszę.- Odwróciła się na moment do niego i owinęła swe ramiona dłońmi. 
            Stała w głuchym okręgu ludzi. Czuła spojrzenia na swym ciele, które tylko ważyły sprawiedliwość i poprawność słów, które wypowiadała. Wiedziała ze to jej jedyna opcja, jedyna ucieczka od tego zakłamanego świata, którym rządził mężczyzna bardziej zakłamany od diabła.
-To było niedługo po moim przyjeździe. Ty wujku wyjechałeś. Wraz z Robertem. Dni spędzałam z Amandą…, choć miała dużo pracy wytyczonej przez Sergiusza. Przywieziono wtedy kufry matki… kazałeś je zamknąć. Dlaczego jeśli należały do mej matki?- Pytanie padło bez odzewu, co jedynie udowadniało jak bardzo pogrążona jest swej opowieści.
- Sergiusz nas nakrył… Znów Amanda miała ponieść konsekwencje mego czynu. – Uniosła wzrok odnajdując przyjaciółkę w tłumie.- Dlaczego zawsze tak bardzo chciałaś się mną opiekować? Dlaczego?- Zmarszczyła brwi próbując to zrozumieć.
- Kamerdyner miał dać jej surową karę.- Kontynuowała opuszczając wzrok na swoją suknie.- Byłam w jej izdebce, kiedy przyniósł szaty, w które miała się ubrać i wstawić do danego pokoju. Nie wiedziałam, co to za szaty… nie wiedziałam, po co. Miała to być kara za coś, do czego ja ją nakłoniłam. Ten raz to ja chciałam ponieść karę. Tak powinno być.- Mówiła bardziej do siebie niżeli do obecnych. Głos jej ściszał jednak najbardziej zainteresowani wszystko słyszeli.
- Wzięłam ubrania i poszłam je ubrać… po tym wstawiłam się w danym pokoju. Później pojawił się on.- Zerknęła na Williama, który patrzył na nią wrogo. – Wiedział, że nie chce… krzyczałam, ale to potęgowało jego… jego agresje. Nie wiedziałam, kim on jest… naprawdę.-Spojrzała na Karola nie widząc niemal przez łzy. Rozmazane kontury jego postury niewiele jej mówiły.
         On jednak stał drżąc na ciele. Oddech miał cichy, bardzo płaski. Dłonie zaciskał odruchowo w pięści. Dopiero w tym momencie zauważył jak mocno ściska swe szczęki. Nabrał głośno powietrza w usta i spojrzał w stronę swych służących. Amanda miała łzy w oczach i zaciskała usta dłonią, a Sergiusz stał sparaliżowany.
- Czy to prawda?- Głos Karola był poważny i ciężki. Kamerdyner zbyt dobrze wiedział ze to do niego mowa. Spojrzał na swego pana jednak nie dał rady wymówić żadnego słowa.
- Czy to prawda, że oferowałeś nasze służące gościom? Williamowi?- Powtórzył pytanie. 
Sergiusz odchrząknął i wyprostował się unosząc twarz, aby ukazać jego postawę w tym momencie.
- Tak hrabio.- Odpowiedział krótko nie unikając tego, co może go spotkać. Spoglądając na przyszłą królową zdawał sobie sprawę, co on takiego zrobił. Nie był świadomy tego, do czego doszło.
- Możesz mówić dalej.- Stwierdził Karol łapiąc ciężko oddech.
- To brednie!- Odezwał się ponownie król Anglii.
- Radziłbym tobie zamknąć swój dziób!- Warknął na niego starszy brat. 
Millie była coraz bardziej skulona i opłakana. Edward podszedł do niej obejmując od tyłu. Zamknęła oczy chłonąc jego ciepło.
- Jestem tu…-szepnął a ona jedynie pokiwała głową.
- Po tym uciekłam do lasu. Edward mi pomógł… byłam w szoku. Wiedział, co się stało… widział me obrażenia.- Karol wtedy spojrzał na mężczyznę, który obejmował jego bratanicę. Dopiero teraz ułożył mu się powód pojawienia się obcego mężczyzny w tym domu.
- Później stało to się znowu…w pustym pokoju… znów wiedział, że nie chciałam.  Później w dzień, kiedy wróciłeś. Widziałeś mnie wtedy. Szukałam Edwarda… po prostu weszłam do nie tego pokoju, co trzeba… Był tam Robert… Jacyś mężczyźni… William zrobił to mi… przy nich.- Jakaś kobieta aż jęknęła z odrazą.
 Alexander odsunął się o kilka kroków do tyłu z trudem łapiąc oddech. Karol za to stał jak marmurowy pomnik. Minę miał nieodgadnioną i patrzył prosto przed siebie.
- Lecz dowiedział się, że jesteś jego córką po tym. – Oświadczył. Dziewczyna pokiwała głową.
- Widziałem i słyszałem wielokrotnie obietnice króla w stosunku do Millie. Fakt, że jest jego córką nie zmieniała w ogóle jego rządzy.- Poinformował Edward czując jak nogi blondynki odmawiają posłuszeństwa.
-, Co niedorzeczność…- westchnął jednak mniej pewnie. Rozglądał się poszukując kompanów, którzy go będą wspierać jednak nikt się nie odezwał.
- Może masz władzę, pieniądze, znajomości, ale nie miałeś Millie. Nie udało ci się mnie zabić, nie udało ci się zrobić z Roberta jej męża, to próbowałeś zmienić wolę mego ojca. Wiedziałeś ze ona musi zostać tu a Alexander będzie musiał wrócić po śmierci Kaspina. Lubisz bawić się w odbieranie życia… To twój idealny plan, aby ona została sama. – Nie bał się używać słów. Gdyby nie fakt, że był istotną podporą dla niebieskookiej już wymierzałby sprawiedliwość.
- Jak to? Co on ma do śmierci naszego brata?- Niemal wypiszczał Alexander przeczesując w nadmiarze wiadomości swe dłuższe włosy.
- Podał mu truciznę, Millie była świadkiem. Przy nim znów to jej zrobił. Myślę, że Robert miałby coś w tym temacie do powiedzenia.
Mężczyzna o bujnej czuprynie jeszcze bardziej zbladł. Musiał podtrzymać się o stół, aby nie upaść.
- Jeśli coś powiesz…- syknął do niego William tracąc grunt pod nogami.
- I tak mnie zabijesz…- stwierdził prostując się nieco. Był chudy i wątły, co teraz było widocznie widać. 
Wyszedł w stronę stojącej dwójki na środku, marszcząc s dłoniach nerwowo materiał śnieżnej koszuli.
- Ja… chciałbym przeprosić… ja..- Westchnął.
-, Co to ma znaczyć!- Głos króla był istnie spanikowany, przy tym dostawał nerwowych ruchów, nad którymi nie panował.
- Robercie…-Karol był znów zadziwiająco opanowany. Chłopak odwrócił się przodem do najstarszego z obecnych i skulił się potulnie.
- Ja… ja musze powiedzieć. Ja mam dość. Ja rozumiem wiele,…ale to już mania… Ja już nie umiem… On… Ja widziałem jak on ją… Nawet, gdy był świadom, że jest jego córką… A przecież to chore! Ja milczałem, bo ona milczała… po za tym zabiłby mnie prędzej niżeli bym komuś powiedział. I tak mnie zabijecie. Nie mam jak uciekać. Ja podałem truciznę Kaspinowi, jednak on mi kazał. Król tak chciał.- Mówił jąkając się właściwie, co kilka pojedynczych słów.
- Zabije cię zdradziecka żmijo!- Ryknął William a z jego ust wypadło cygaro.
- Nikt nikogo nie zabije!- Warknął Karol i ruszył w stronę Mili i Edwarda. Ona drżała na całym swym małym ciałku. Dove położył dłoń na ramieniu mężczyzny i ścisnął nieco.
- Przepraszam.- Szepnął, po czym drugą pogładził policzek bratanicy ocierając łzę.
- Byłem ślepcem…- jęknął wtedy usłyszeli głośny huk. Wszyscy rozejrzeli się po sobie.
- Gdzie on jest?- Alexander rozglądał się nerwowo nie mogąc odszukać obiektu, który zniknął.
- William uciekł.- Jęknęła jakaś kobieta z głębi salonu. Wszyscy wpadli w chaos. Pojawiło się masę głosów, które łączyły się w jedną niewyraźną kulę.
- Musimy go odszukać.- Edward był gotowy rzucić się w pogoni od razu jednak spojrzał na dziewczynę.
- Amanda!- Przywołał do siebie służącą.- Zaopiekuj się nią.- Nakazał i zaraz po tym ruszył biegiem wraz za Alexandrem i pozostałymi.
 Millie nie rejestrowała gdzie i kto znika. Czuła się wyczerpana tym wszystkim. Jednak była pełna wsparcia, które dał jej przed śmiercią Kaspin.
- Zawalczyła.- Szepnęła sama do siebie.
- Powinniśmy pomóc szukać…, Dlaczego to zrobiłaś? – Oburzała się Amanda. Była Wściekła na przyjaciółkę. – Choć!- Pociągnęła ja do siebie, po czym pchnęła w stronę holu.
- Musimy pomóc szukać. – Powtórzyła brunetka i zaczęła biec w stronę części kuchennej całego domostwa, zostawiając Millie samą. 
Nogi blondynki funkcjonowały powoli. Głośno łapała oddech, kiedy nagle usłyszała, że coś głośno upada. Idąc pustym holem była przekonana że to tylko wyobrażenie. Wszystko tak nagle umilkło. Zauważyła uchylone drzwi od pokoju, którego dotąd nie znała. Już dawno minęła miejsce gdzie powinna być Amanda. 
            Stanęła w progu, kiedy z jej ust wydobył się przeraźliwy krzyk. Widziała tylko krew. W głowie zakręciło się jej widząc w leżący nóż, który wyglądał jak umazany w farbie. Zbyt czerwonej. Upadła na kolana, przez co ciało mężczyzny niemal słaniało jej się ku niej.
- Dlaczego…- pisnęła z trudem łapiąc oddech. 





I jakie są wasze przypuszczenia?
Czekam w komentarzach :) 
No i dobranoc :)
Dzięki że jesteście!

piątek, 26 grudnia 2014

Opowiadanie "Świeca' rozdział 15.

                
                                                            15.

      





          Pięć dni.
          Tyle potrzebował dwór, aby móc zorganizować niewielki pogrzeb jednego z trzech braci. Nie było możliwości, aby Kaspin przebył swą ostatnią drogę do Hiszpanii. Zwłoki zbyt szybko zaczęły się rozkładać. Nie zobaczyła go żona, ani dzieci. Nie pożegnały go osoby, za którymi najbardziej tęsknił. Oddał swe ostatnie tygodnie życia na rzecz znalezienia małżonki jego brata. Za to odnalazł Edwarda. Na pewno nie chciał umierać. Millie z łzami w oczach stała oddalona od grupy mężczyzn w uroczystych frakach. Panowała mroczna cisza. Wzrok blondynki sunął po twarzach znajomych jej zbyt dobrze. Ed, Alexander... To wydarzenie ich zespoliło. Na te kilka dni zapomnieli o konflikcie, o walce, o uczuciach do przyszłej królowej Anglii. Karol nerwowo zaciskał dłonie i próbował zachować kamienną twarz, jednak nie wychodziło mu tak jakby tego chciał. Żaden z męskiej części żałobników nie okazywał tak emocji jak nastolatka. Był tam też William i jego podwładny Robert. Millie nie mogła na to patrzeć, nie mogła jednak nic zrobić. Nie miała dowodów. Znowu była na przegranej pozycji.
        W dodatku wszystko nabrało prędkości. Śmierć Kaspina zmieniła wiele wyroków, choćby to, kto będzie królem Hiszpanii. Mianowicie to właśnie Alexander miał największe prawo, jak i chęci, aby przejąć tron. Co z blondynką. Wiedziała, że rozwiązaniem problemu jest jedynie zaginione pismo Alfreda. To jedynie oświecenie innych jak wiele kłamstw popełnił jej ojciec było wstanie uprościć im życie. O to przecież prosił ją umierający, o to, aby walczyła. Musiała walczyć o swoją miłość. Wiedziała, z kim zadziera, że jej ojciec jest nieobliczalny, że przecież w każdym momencie Edward może podzielić los swego brata, albo Alexander.
          Po tym, co zobaczyła tamtego dnia, to, co przeżyła, spowodowało, że nigdy więcej nie mogła patrzeć na swe życie jak wcześniej. Poprzednio chciała zapomnieć, udawać ze nic się nie stało a tym bardziej nie zmieniło. Zrobiła sobie przez to krzywdę. Teraz nie zamierzała stoczyć swe myśli gdzieś daleko, to nie dawało efektów. Zło zawsze wracało, zło pod postacią Williama. Dość uciekania, chowania się. Dość krycia się za plecami innych. Miała walczyć o miłość, o siebie
         Zerknęła na Edwarda. Mocny szok wpłynął na jego pamięć. Coś się odblokowało i przypomniał sobie kilka wydarzeń, które ściśle wiązały się z zmarłym i ich dzieciństwem. Przypomniał sobie o więzi, która łączyła braci. Dlatego tym bardziej trudniej było mu się pogodzić z śmiercią.
        Millie właśnie go chciała pocieszać, to dla niego chciała być wsparciem, być przy nim w samotny wieczór, trzymać za rękę teraz, kiedy starał się być twardy jak kamień. Choć wiedziała, że to nie jej miejsce, że oficjalnie powinna być przy Alexandrze to i tak znała swoją prawdę, tą, którą zarządził król Hiszpanii. Miała być żoną Eda, to mu od zawsze była przeznaczona.
        Otarła łzy, kiedy to ksiądz wygłaszał ostatnie słowa pożegnalnej mowy. Zerknęła na swego ojca. Jak zwykle maska, jak zwykle udawał kogoś, kim nie był. Nienawidziła go szczerze. Gwałty, intrygi... Ale nie zabójstwo. Nagle zdała sobie sprawę, że przecież William chciał zabić Edwarda. Tak niewiele brakowało. To, dlatego od początku go nie akceptował. Musiał wiedzieć czyim jest synem a i tak milczał. William to zło i zbyt łaskawie oraz łagodnie jest życzyć mu tego samego, co wyrządził innym.
       Grób zasypano piaskiem, kiedy ciało Kaspina znajdowało się już na samym dnie. Dziewczyna zagryzła dolną wargę. Powoli mężczyźni odchodzili z tego miejsca, a na czele ich był Edward. Jak zwykle chciał robić to, co należy ignorując swoje uczucia. Millie ruszyła szybki krokiem w stronę dworu. Nie czekała na Karola ani na Alexandra. Był Ed. Świadoma, że każdy dzień był na wagę złota musiała wiedzieć i ufać w to, co czuła. Zbyt dobrze rozpoznawała miejsce, w którym zamykał się mężczyzna. Znajoma im wieża chowała ostatnio więcej niżeli w wcześniejszych latach.
         Drzwi były uchylone, kiedy dosięgła szczytu. Wchodząc do środka ujrzała go, skulonego, z twarzą schowaną w dłoniach. Siedział tam gdzie kiedyś ona, gdy malował jej portret. Zamknęła za sobą drzwi, kiedy usłyszała pierwsze łkanie. Objęła jego głowę i schyliła się, aby go do siebie przytulić. Nie bronił się. Objął ją w pasie. Głowę oparł o jej brzuch i wybuchł płaczem. Chciała być dla niego silna, dlatego zagryzała wargi byle by nie poddać się aurze pogrzebu. Gładziła jego włosy czekając aż się uspokoi. Nie przychodziło mu to łatwo, jednak ona miała czas. Na niego mogła długo czekać, a to, że pozwolił jej być przy sobie, kiedy był w takim stanie, jedynie utwierdzało ją w fakcie, że coś ich łączy. W ogólnym twierdzeniu mężczyzna nie powinien okazywać uczuć a tym bardziej swej słabości. A więc Edward pierwszy raz złamał swe słowo, swe wytyczne. Nie chciała go teraz z niczego rozliczać, chciała być jedynie przy nim. Kiedy ucałowała go w czubek głowy uniósł twarz, aby spojrzeć na nią.
Jego wąsy i broda były mokre od łez. Otarła mu policzki.
- Dlaczego?- Zapytał jednak ni jak wiedziała, o co mu chodzi. Przyciągnął ją do siebie tak, aby mogła mu usiąść na kolanach. Oparł czoło o jej przedramię i zamknął oczy.
- Dlaczego umarł, kiedy ma... Miał rodzinę. - Westchnął nie rozumiejąc wszystkiego. Ona nie mogła milczeć, kiedy znała całą prawdę. Nie przed nim. On znał ją najlepiej na całym tym świecie.
- On nie umarł...- Szepnęła patrząc na jego twarz, jak się zmienia. Jak znajomo marszczy brwi i unosi brązowe oczy na nią z bólem wypisanym, jak na stronnicach ksiąg.
- Millie...- Westchnął zrezygnowany. - Przecież leży zakopany.-Pokazał swoją stronę rozumienia jej słowa. Blondynka przecząco pokiwała głową i splotła palce zbierając w sobie odwagę.
- On nie umarł on... Go... To nie był wypadek... Mój ojciec...- Mówiła jąkając się.
Nie miała odwagi spojrzeć mu prosto w oczy.
Czuła jedynie jak jego ciało się napina, jak prostuje swój tors i nabiera głośno powietrza.
- Co chcesz przez to powiedzieć?- Silił się na łagodny ton jednak mu nie wyszło. Słyszała jak zadrżał mu głos. Niebieskooka jednak milczała. Miała pustkę w głowie.
          Może nie powinna tego mówić tego dnia? Może inaczej to powinna rozwiązać? A co jeśli sprowadzi tym jeszcze większe zło na kolejnego z rodu? Ponosiła duże konsekwencje prawdy. Ciągle pamiętała, że w świecie mężczyzn jest małą lichą gałązką kiełkującą z ziemi, łatwo było ją złamać, podpalić, nadepnąć. Nie stanowiła dla nikogo przeszkody, jedynie mogła szkodzić.
- Millie!- Warknął malarz biorąc jej twarz w swoje dłonie zmuszając do spojrzenia na siebie.
Jej niebieskie oczy znów opowiadały mu znajomą historię jej cierpienia. - Dlaczego ty coś wiesz?- Mówił z obawą w głosie.
- Bo tam byłam.- Wyrzuciła z siebie szybko.
To było najgorsze, czego mógł się spodziewać Edward. Musiał wziąć głęboki oddech, po czym spojrzał na nią ponownie, próbując być spokojny.
- Jak to?- Zapytał a jego brązowe oczy skupiły się na jej różowiejących się policzkach. Zeszła z jego kolan, po czym usiadła obok niego. Chciała jakoś dzięki temu zyskać na czasie oraz poczuć się pewniej.
 Na marne. 
Nic nie pomogłoby jej w tym momencie.
- Spędzałam z nim czas w salonie... Rozmawialiśmy. On... Zbyt dobrze mnie odczuł. Moją przeszłość... To, co zrobił William.- Zagryzła spierzchnięte usta i spojrzała na wzór na swej sukni.
- Co?!-Uniósł głos wstając z miejsca.
- Nie chciałam, aby znał prawdę.- Szepnęła jednak ten chodził rozzłoszczony po niewielkiej powierzchni wieży. 
W końcu się zatrzymał wsadzając ręce do kieszeń fraka i westchnął.
- Co dalej?- Zapytał zmęczony tym dniem.
Millie milczała chwilę sprawdzając czy nie wybuchnie gniewem. Nie chciała stanąć na polu jego gniewu. Tego bała się najbardziej i to mogło ją zranić. Kiedy widziała jak czeka, jak jego mięśnie szczęki się nieco rozluźniają złapała zimne powietrze w usta i zamknęła oczy.
- Przyszedł William... Kaspin chciał mnie stamtąd zabrał. Obiecał mi, że mi pomoże z ojcem... Że da się coś zrobić. Ale on mnie nie chciał puścić... A twój brat nie wyszedł beze mnie. Uderzyli go, przywiązali do krzesła a mnie... Kaspinowi wlali do gardła truciznę... Dostawał paraliżu mięśni... Widział... William na jego oczach mnie...- Zadrżały jej usta, a po policzkach spłynęła łza. Nie umiała patrzeć na niego, znów czuła się niczym. Rzeczą.
- Po wszystkim zostawił mnie z nim... Jeszcze żył. Chciał abym powiedziała wam, że was kocha...-Mówiła szlochając.
           Edward przetarł dłonią twarz. Nie umiał znowu się złamać. Kipiała do niego nienawiść do Williama. Był gotów ruszyć, aby zabić króla Anglii. Musiał zapłacić za te wszystkie zła, jakie wyczyniał. Nie mógł być bezkarny. Miara się przebrała. Ruszył w stronę drzwi jednak wtedy usłyszał głos blondynki.
- Ed...- jęknęła. - Oni...  Oni kłamali. Z pismem od ojca twego. Podrobili je. To ty, a nie Alexander, miałeś stać się mym mężem. - Wyjaśniła wstając z swego miejsca.
To go spiorunowało. Patrzył na nią uchylając swe usta jakby chciał coś powiedzieć jednak z nich nie wypływały żadne słowa. Sparaliżowały go te wiadomości.
- To nie ważne...- Rzucił nagle, chłodno, odzyskując świadomość swych myśli.
- Słucham?- Teraz ona go nie rozumiała.- Twój ojciec chce abyśmy byli małżonkami! A ty mówisz nieważne? Oni nas oszukali!- Podniosła głos o oktawę przybliżając się do niego.
- Nie masz dowodów... Może chcesz wykorzystać sytuacje... Nie wiem. To nie jest ważne. Nie to...- Mówił szybko urywając końcówki słów, po czym przetarł dłonią wąsy.
        To zraniło ją. Wiedziała ze ma swoje priorytety, ale osądzać ją o wykorzystywanie śmierci Kaspina tylko po to, aby stać się jego żoną? Cofnęła się o krok chwytając się serce, zaciskając przy okazji mocno usta.
- Nie masz dowodów.- Chciał ją od siebie odsunąć. Nie chciał robić sobie nadziei, nie tym powinien teraz się martwić. Teraz ważniejsze było to, aby odegrać się na Williamie.
- Będę walczyć.- Nie wiedziała czy mówi to do Eda czy do Kaspina dotrzymując mu danego słowa. Malarz jednak wyszedł z tego odosobnionego miejsca.

Została sama.




          Zbyt szybko przebiegał czas. Zapadła decyzja. Alexander miał wrócić do Hiszpanii i zostać następcą króla. To on miał przekazać wiadomości o śmierci Kaspina. Jednak nie zmieniła się decyzja, co do ślubu z Millie. Dziewczyna nie miała dowodów i nie chciała zaczynać działać dopóki nie będzie mieć ich w ręce. Na dniach zaczynały być pakowane wielkie kufry. Wraz z nimi miał się wyprowadzić Edward. Nie znała jednak jego planów. Ślub miał się odbyć szybko, bez większych ceremonii. Miała Coraz mniej czasu. Nie wiedziała gdzie miała szukać, czy w ogóle jeszcze istniał jakiś dowód. Wiedziała, że nie może liczyć na dobrą wolę przyznania się do winy przez Roberta czy Williama. 
Było to niemożliwe.
           Przeszukiwała każdy skrawek dworu wuja. Wydawało jej się, że to jak szukanie igły w stogu siana. A co jeśli dany list został spalony? Trwała w swej niepewności, szukała nie mając w nikim oparcia. Nie chciała, aby kogoś z jej bliskich spotkał ten sam los, co Kaspina.
          Każdego dnia po próbnej przymiarce szycia purpurowej sukni, którą miała ubrać na ślub wybierała się przeszukiwać kolejne segmenty. Nic. Nawet odważyła się wejść do pustej komnaty ojca. Przekreśliła wszystkie swoje szanse. Pozostał jedynie pokój Roberta, jednak ten ostatnio niemal go nie opuszczał.
       A jednak, zdarzył się i dzień, kiedy wspólnik Williama opuścił swoją norę. Jeszcze dotąd jej serce nie dygotało tak głośno. Jeszcze nie czuła tyle emocji. Wiedziała, że gdy zostanie przyłapana, jej losy są marne. Lecz musiała walczyć o swoje życie, tak jak chciał tego Kaspin.
       Wchodząc do pomieszczenia przypominała sobie jej pierwsze spotkanie z Edwardem, to, kiedy poprosił o coś do jedzenia. A następne? W lesie… wtedy się nią zaopiekował. Był włóczęgą, bała się go, a jednak, jako jedyny zdobył jej zaufanie. Już wtedy czuła coś wartościowego do niego, lecz musiała wszystko zsuwać na poboczny plan. Przecież nie miała być taka jak jej matka, tego nie chciał Karol. A co jeśli ona mogła mu udowodnić, że miłość może być pogodzona z obowiązkami? Właściwie walczyła o dużo ważnych spraw. Po za swymi uczuciami, po za Edwardem, po za dotrzymaniem słowa Kaspinowi, po za udowodnieniu wujkowi… walczyła o prawdę.  Jeśli mogła udowodnić, że podrobił list od króla Alfreda to i mogłaby udowodnić, kto zabił najstarszego z braci.
         W pokoju panował chaos. Było w nim pełno kartek, na których były nuty, książki, notatki. Bała się, że wpłynie na ten bałagan w widoczny sposób. Nie wiedziała czy coś może znaleźć. Rozglądała się uważnie dookoła stojąc w jednym miejscu. Po chwili na wierzchu biurka zauważyła czerwoną pieczęć, która była połamana w drobny mak. Podbiegła do owego miejsca i zobaczyła list. Ten list. Usta zadrżały jej, kiedy chwytała w wątłe dłonie pożółkły papier. Pogładziła opuszkami palców starannie pisane litery składające imię tego, za którego miała wyjść za mąż. Edward. Łzy napłynęły jej do oczu. Na ten moment czekała.
Wreszcie mogła głęboko wziąć oddech. Była uratowana. Ruszyła szybkim krokiem w stronę
drzwi.
Kiedy właśnie z nich wychodziła natrafiła na Roberta. Był oniemiały i nie wiedział jak zareagować.
-, Co ty tu!- Syknął mierząc ją wzrokiem. 
Wtedy zauważył trzymany przez nią oryginalny list od króla Hiszpanii. Pobladł od razu.
- Nie twój interes…- odpowiedziała unosząc dumnie głowę. Chciała jak najszybciej się oddalić jednak ten chwycił ją za nadgarstek dłoni i zmrużył oczy.
- Oddawaj to!- Mówił przez zaciśnięte zęby zbyt nerwowo, przez co ucinał końcówki słów. W tym momencie przez hol przeszło kilka pokojówek, które zatrzymały się nieco dalej, przyglądając się im. Millie uśmiechnęła się do nich i z tym samym, perfidnym uśmiechem spojrzała na bruneta.
-, Co mi zrobisz przy świadkach?- Zapytała na głos tak, aby kobiety dosłyszały. Obie od razu zaczęły szeptać pomiędzy sobą. Usta mężczyzny zawęziły się w panice.
-, Jeśli mi tego nie oddasz William mnie zabije!- Dodał a jego głos wydawał się piskliwy. Millie zaśmiała mu się prosto w twarz, po czym momentalnie spoważniała wyrywając swoją dłoń z jego. Wyprostowała się a jej niebieskie oczy były zimne jak lód.
- Nie byłeś taki łaskawy, gdy on mnie krzywdził…, gdy zabijałeś Kaspina… zło powraca. Życzę ci tego z całego serca.- Powiedziała szepcząc, po czym ruszyła w stronę służek kłaniając im się uprzejmie. 
Było już późne popołudnie… jednak miała jeden cel. Serce rwało jej się, gdy tylko stanęła przed drewnianymi drzwiami. Zapukała w swój specjalny sposób. Nigdy nie czekała aż otrzyma zaproszenie wejścia do środka. Tym razem było inaczej.
          Usłyszała ciężkie kroki. Dziwnie się czuła mając świadomość ze nawet po takim dźwięku rozpoznać, w jakim jest nastroju. Spoważniała specjalnie i schowała list za plecami.
Wtedy zaskrzypiały drzwi i ujrzała go. Zarośnięte policzki i broda, zmęczony wzrok i sine worki pod oczami. Cierpiał po stracie brata, ale i jej. Z trudem stała cierpliwie. Chciała od razu mu zwrócić, choć jedno z jego potrzeb. Nie tak łatwo. Nie mogła mu przebaczyć tego, że zawsze się od niej oddalał w trudnych dla nich momentach, łatwo rezygnował, dla dobra sprawy.
- Dlaczego do mnie zawitałaś? Nie ma tu Alexandra?-Zapytał chłodnym tonem. Stłumiła westchnięcie jak i wywrócenie oczu.
Musiała trzymać się swoich ram wychowania, chciała być oficjalna dla niego.
- Zwróciłam się do twych drzwi, aby to ciebie spotkać. Gdybym chciała ujrzeć Alexandra to znam drogę. Nie muszę z ciebie robić konsultanta.- stwierdziła. Znów pojawił w jego oczach błysk, który zauważyła wtedy, gdy pierwszy raz nie zgodziła się z tym, co on mówił. Lubił jej inność wiedziała to. Lubił, że igrała z nim słownie, że nie była taka jak inne.
- Niegodne jest przebywanie w komnatach mężczyzn o późnych porach. Przyszły małżonek może być nieufnie zaaferowany, gdy dowie się o owym momencie.- Powiedział chcąc ją od siebie znów odsunąć i już zamykał drzwi. Postawiła jednak stopę pomiędzy drewnianą częścią futryny i przechyliła głowę na bok.
- Sądzę, że mój przyszły mąż nie będzie mieć mi tego za złe, ale dla pewności po 
wszystkim go powiadomię.- Odpowiedziała z lekkim uśmiechem na ustach i bez większego zaproszenia przekroczyła próg jego pokoju. Wszystkie obrazy były już przykryte tak, aby móc je przetransportować. Nie miał wielu rzeczy, jednak nawet te nieliczne były już w kufrach.
-, Kiedy zamierzasz opuścić dwór?- Zapytała nadal chowając za sobą list.
- To nieistotne…- westchnął przecierając zmęczone oczy i prostując się w kręgosłupie.
- Ah… racja… mój błąd… książę Edward nigdy nie powiadamia o swoich ucieczkach… jakże miałoby być inaczej.- Udała jego westchnięcie i oparła się o parapet jego okna. 
Mężczyzna przyjrzał jej się badawczo, po czym spojrzał gdzieś na bok.
- Wyjeżdżam po jutrze…- odpowiedział ściągając z szyi musznik, przez co został jedynie w białej koszuli i czarnych spodniach.
 Przyglądała się temu uważnie napełniając się tym wszystkim. Specjalnie robiła to, aby go sprowokować. Uchyliła usta jakby chciała je lekko zagryźć, ale udała zawstydzoną, kiedy on to spostrzegł.
 Edward uniósł zainteresowany jedną brew do góry, nie panując nad swoją mimiką.
- Tuż przed mym ślubem… Cóż jest tego powodem?- Zapytała udając znacznie głupszą. Edwardowi nie umknęło to. Zmarszczył brwi i zrobił kilka kroków w jej stronę.
- W co ty grasz?- Zapytał prosto nie chcąc się bawić w to, co sobie wymyśliła.
- To raczej ciebie należy o to zapytać. Pierw jesteś przy mnie, chcesz mnie bronić a gdy zjawia się ktoś, kto mógłby być moim zalotnikiem ty uciekasz… uczucie wyparowuje? Zapominasz? Jakie są tego zasady? A może to jest jak świeca? Raz zapalona, raz zgaszona? Masz coś takiego w sobie? Takie moralne emocje? Podziwiam…, ale i współczuję.- Również się do niego przybliżyła a jej język stał się ostry jak nóż. Znów musiał uciec jej spojrzeniu.
- Nic nie rozumiesz…- jego głos był ponury i wyrażał jego ból serca.
- Rozumiem zbyt dobrze… Kochasz mnie jednak nie na tyle, aby o mnie walczyć…, Co to za mężczyzna, który czeka aż manna z nieba sama spadnie? Co to za mężczyzna, za którego kobieta musi zdobywać możliwość spędzenia razem przyszłości? Co to za mężczyzna, który nigdy nie powiedział swej ukochanej, co czuje? I co to za mężczyzna, który… nie uwierzył kobiecie, która mu, jako jedynemu zaufała.- Mówiła szybko, lecz wyraźnie. Pod koniec głos jej lekko zadrżał, ale nie chciała przestać.
Jego oczy zrobiły się większe i spojrzał na nią uważnie.
- Millie…- szepnął, lecz ta przecząco pokiwała głową na znak, aby zamilkł.
- Stwierdziłeś, że kłamię, i ze mój mąż nie będzie rad, że tu przyszłam… sam to oceń.- Podała mu wtedy list.
      Był kompletnie zagubiony jednak przyjął go ściągając brwi aż zrobiły mu się poziome kreski pomiędzy. Z biegiem słów na twarzy pojawiało się zdziwienie, lecz zmarszczki znikały.
Nie wierzył w to, co czyta. Spojrzał na nią i na owe pismo ponownie.
- Co to?- Zapytał a dłonie zaczęły mu drżeć.
- List… oryginalny od twego ojca. Tak jak mówiła. William z Robertem podrobili pisma. Miałam być twoją żoną. Nadal mam być.- Lekko gestykulowała przy tym jednak emocje z niej upłynęły, kiedy zobaczyła radość w jego oczach. 
Spojrzał na nią ponownie a kartka z jego dłoni upadła na ziemię. Oboje jednak się nią nie przejmowali. Momentalnie znalazł się obok niej chwytając ją za biodra. Brązowe oczy odzyskały blask.
- Wątpiłem w ciebie…- obwiniał się dotykając dłonią jej policzka.
- Niewybaczalny błąd.- Zaśmiała się. Nie chciała rozwlekać owego problemu na więcej chwil.
- Ktoś o tym jeszcze wie?- zapytał niepewny.
- Nie… ale jak sądzisz mąż będzie zły, że tu jestem?- Zapytała unosząc brew a Edward się zaśmiał.
- Mąż nie widzi w tym niczego niegodnego.- Odpowiedział i zaraz po tym ich usta się złączyły. 
         Millie jednak miała inny plan. Nie mogła tak po prostu zostać jego żoną. Odsunęła się od niego a on z zamglonymi oczami spojrzał na nią pogłębiony w rozkoszy tej małej pieszczoty.
         Jej dłonie powędrowały do gorsetu. Tam znajdowała się różowa wstążka. Uchwyciła kawałek kokardki i pociągnęła sprawnym ruchem. Gorset od razu się poluźnił. Ed stał jak wmurowany patrząc na to, co robi blondynka. Osunęła ramiączka sukni, która od razu została zrzucona na ziemię. Została jedynie w białej halce, która była jej jedynym ubiorem w obecnym czasie. Z ust mężczyzny wydało się cicho westchnięcie. Wtedy przybliżyła się do niego. 
W odruchu chwycił ją za kształtne biodra przyciągając do swojego torsu. Brązowe oczy badały ciało, które było wypukłe i odznaczało się na cienkim materiale, który okazywał części ciała w mglistym półmroku. Jednak chwilę po tym spojrzał na bok zagryzając dolną wargę.
- Millie… nie… nie możemy. Jeszcze nie wiadomo, co nam los przyniesie. Nie jesteś moją żoną.- Mówił to jąkając się, widocznie walcząc z swoją rządzą, która zagościła w jego ciele. Niebieskooka chwyciła go za podbródek, aby spojrzał na nią.
- Co do mnie czujesz?- Zapytała łagodnym tonem.
- Millie…- westchnął uciekając wzrokiem.
- Co do mnie czujesz?- Ponowiła pytanie. Edward zamknął oczy nabierając głęboko powietrza.
- Kocham cię, najbardziej na świecie… Bez ciebie… Nie ma mnie bez ciebie.- Powiedział poważnie a jego głos był stanowczy. Wiedziała ze nie kłamie. 
Wtedy usłyszał ponowny świst materiału. Kiedy otworzył oczy ona stała już przed nim naga.
Złote włosy spływały po ramionach aż do krągłych piersi. Usta uchyliły mu się i stracił mowę łaknąc tego widoku.
- To mi starczy.- Szepnęła przybliżając się tak, aby umożliwić mu kontakt z nią.
          Był spragniony czułości, dawno nie miał w swej obecności kobiety. Od dawna fantazjował w myślach na temat ukochanej. Teraz mogło się to ziścić. Nie miał siły dłużej protestować, nie po tym, co przeszli. Pozwolił sobie pierwszy raz odrzucić moralne myślenie. Chciał jej, i chciał kochać ją w każdym aspekcie tego słowa. Niedługo po namiętnych pocałunkach znaleźli się nadzy na ziemi. Millie bała się, tego, co może się stać. Przecież nie była już dziewicą w dodatku zbliżenie z mężczyzną oznaczało ból. Nie w tym przypadku. 
         Rozkosz, jaka ją przepełniła była nieokreślona. Pierwszy raz czuła potrzebę odwzajemniania tego, co dawał jej mężczyzna. Pierwszy raz z jej ust wydobywały się jęki rozkoszy a nie krzyki bólu. To Edward uczył ją, czym jest pieszczota, czym są usta kochanka na jej ciele. Pierwszy raz wygięła się pod mężczyzną w łuk czując, że nic już na świecie nie ma po za nimi. Oddech był dla nich zbędny, urwany, niemal nieprzemyślany. 
Kiedy leżeli na dywanie zmęczeni, lecz w swych objęciach nie musieli niczego mówić. Edward, co jakiś czas obdarowywał sowią ukochaną pocałunkami w czubek potarganych włosów. Niedługo po tym zasnął, ona nie potrafiła. Patrzyła na niebo za oknem zbyt dobrze wiedząc, że musi iść do swej komnaty, aby nikt tego nie zauważył. Nie byli jeszcze małżeństwem. List schowała pod jednym z obrazów, przyodziała halkę a następnie suknię zwinęła w kłębek. Eda przykryła ciepłą kołdrą i złożyła na jego ustach pocałunek. Uśmiechnął się lekko przez sen.
- Tak bardzo cię kocham.- Szepnęła przeczesując jego stargane włosy. 
          Wstała z ziemi i wyszła z pokoju. Kiedy podeszła po omacku do swych drzwi usłyszała chrząknięcie. Pisnęła przestraszona. Za jej plecami stał William z zapaloną świecą. Na jego ustach pojawił się ten dobrze znany jej uśmieszek zła.
- Skąd to wracamy?- Zapytał jednak ona czuła jak głos ugrzązł jej w gardle. 
Nie umiała nawet wołać pomocy, a tak niedaleko był pokój Edwarda, który by ja uratował.
- Cóż… słyszałem o twoim złotym łupie. Gratulacje. Widać już świętowałaś z ukochanym…. Cóż… Jedynie powiem ci żebyś uważała. Ja wiem… ty wiesz… Pilnuj swego oblicza Millie…Po za tym zawsze będziesz moja… - szeptał tym złym tonem, po czym zdmuchnął świeczkę. Dziewczyna bała się, że poczuje jego dotyk. Myliła się. Zniknął. Stała tam oddychając głęboko, a cisza piszczała jej w uszach.
 Znów się bała.


I oto rozdział :) 
Przepraszam ze dopiero teraz ale nie miałaj jak się zebrać.
Mam nadzieję że do urodzin jeszcze coś napiszę :)
Jak się wam podobało?
I mała niespodzianka
Zobrazowanie sceny z dzisiejszego rozdziału :)
 ZAPRASZAM DO KOMENTOWANIA :)

sobota, 13 grudnia 2014

Radosna twórczość Tumburulki

Oto co dziś wytworzyłam w sobotnie popołudnie :) 
Bo sprzątanie to nie tylko przymus, ale i przyjemność :)
No i to zauważenie błędu w nazwie Bastille XD 
Bezcenne :)
Obie rzeczy zdobią już ściany :) 
Zawsze jakieś drobiazgi pokazujące mój charakter :)