wtorek, 14 października 2014

Opowiadanie "Świeca" rozdział 3.

                                                               3.



          Brunet zbyt dobrze widział przerażoną twarz nastoletniej dziewczyny. W pierwszej chwili nie zrozumiał, czego by się miała bać? Jednak po chwili zrozumiał, skąd w jej niebieskich oczach pojawiają się łzy przerażenia. Zmarszczył swe okazałe brwi i przeciągnął dłońmi po zbyt wybujałej brodzie.
- Nie chcę panienki skrzywdzić! Nie chodzi mi o niecne uczynki! Ja głodny... a w koszu przelewają się dobrodziejstwa... - wytłumaczył pospiesznie zerkając na koszyk, który znajdował się obok niej. Dopiero po chwili odzyskała świadomość i czucie swego ciała.
- Prosisz mnie o jedzenie?- zapytała dla upewnienia się. 
Brązowe oczy nieco się rozświetliły,  a na ustach pojawił się niepewny uśmiech. W odpowiedzi pokiwał dodatkowo głową, zerkając na domostwo z którego właśnie wychodziła Amanda. Millie uklęknęła przed koszykiem i wyciągnęła z niego kilka babeczek oraz szklaną butelkę z słabym winem. Wstała podając to mężczyźnie. Dopiero z bliska mogła dopatrzeć się,  że wcale nie był tak stary i dojrzały niżeli sądziła te parę metrów temu. Włóczęga przyjął od niej podarunek schylając się w pół.
 - Nie znam twego imienia o pani,  jednak jestem tobie nieopisanie wdzięczny...- powiedział i odważył się przyjrzeć niskiej blondynce. 
Była śliczna, na pewno zajmowała wysokie miejsce w szczeblach społeczeństwa. Skąd ta ocena? Jej śnieżna cera. Musiała być szlachetnie urodzona. Dziewczyna spojrzała w bok, uciekając brązowym oczom mężczyzny,  zauważając zbliżającą się służącą, a za nią szedł Sergiusz.
- Musi pan iść. Będę mieć problemy jeśli zobaczą mnie w obecności kogoś..- stwierdziła zerkając na jego ubranie. Nieco się skrzywiła. 
            Miała wyuczone zachowanie zaszczepione przez wyższe sfery, jednak Amanda zbyt wiele jej nawtykała kiedy zbyt wcześnie kogoś oceniała. Wiedziała, że monarchowie są nieraz gorsi i głupsi niż niejeden żebrak. W oczach chłopakach była ta iskra. Rozumiał jej nastawienie, i tak był zaskoczony, że ktoś jej pokroju, jednak się do niego odezwał. Kiwnął grzecznie głową po czym odszedł zagłębiając się w ciemny gąszcz. Długo przyglądała się tym zaroślom, jednak z zamyślenia wyrwała ją Amanda.
- Ktoś tu był?- zapytała stając przed przyjaciółką.
- Co? Nie.. nikogo...- odpowiedziała lekko jąkając się. Widocznie nie zauważyła służąca obecności nieznajomego włóczęgi.
- Wyglądasz jakbyś zobaczyła zjawę...- stwierdziła spoglądając na nią uważniej. Amanda zawsze wyczuwała emocje przyszłej królowej.
- Przestraszyłam się zająca... Myślałam pierw, że to dzik...- musiała ukrywać owe spotkanie z nieznajomym. Nie było by w jej interesie, gdyby ktoś się o tym dowiedział. Służąca zmarszczyła brwi, jednak wtedy podszedł do nich kamerdyner.
- Nie godzi się aby panienka przebywała niemal samotnie w ogrodzie.- stwierdził wyciągając z kieszeni zegarek. Brunetka przewróciła oczami, gotowa zripostować mężczyznę jednak się opanowała.
- Nie rozumiem pana etykiety... Nie przebywam w towarzystwie mężczyzn, mam przy sobie służkę...- zaczęła argumentować blondynka. Nie chciała się zniewolić. Poza tym zbyt dobrze wiedziała w kogo obecności najchętniej widziałby ją kamerdyner, zastanawiała się tylko jaki miał w tym interes.
- Tu nie o moją etykietę chodzi,  lecz o wytyczne hrabiego. Proszę się udać za mną. - jego prośba w ogóle nie miała odpowiednich manier. Wiedziała, że nie mogła się z tego wykręcić. Spojrzała na przyjaciółkę obawiając się jej ciętego języka. Za plecami Sergiusza udała, że go dusi z zawziętą miną, jednak zaraz po tym, nim się obejrzał, zaczęła zbierać koc i koszyk. Ruszyły za mężczyzną w kilkumetrowym odstępie.
- Twój wuj jest zaborczy.- zasyczała służąca idąc tuż za blondynką.
- Nie zdziwię się jeśli zostanę zamknięta jak rajski ptak w klatce Zwłaszcza po dzisiejszej rozmowie.- odpowiedziała, świadoma do czego zdolni są mężczyźni.
 Tak też się stało. 
         Niedługo po tym zostały zamknięte wyjściowe drzwi. Nie mogła opuszczać dworu. Wielokrotnie Amanda buntowała się w imieniu przyjaciółki,  jednak spotykała liczne reprymendy ze strony Sergiusza. Co z wujem? Omijał Millie jak tylko mógł. Nie miała prawa się z nim zobaczyć czy też porozmawiać. Nigdy nie uznałaby go za takiego samotnika. Wszystko zrzucała na fakt tego, że najzwyczajniej przyzwyczaił się do samotności przez tyle lat. Karol nigdy nie miał żony ani dzieci. Był gdzieś z boku na liście rodziny królewskiej. Był tym, który nie pochwalał poczynań swego brata, jednak dziewczyna nie wiedziała o co w tym wszystkim chodzi. 
         Kilka tygodni później z Ameryki przywieziono resztę rzeczy przyszłej królowej jak i osobiste rzeczy jej matki. Wstawili je do pustego pokoju, który był zakluczony. Prośby dziewczyny w ogóle nie były słuchane. Karol traktował to wszystko z za dużą tajemnicą oraz jakby to wszystko należało do niego. W tym przypadku przydała się Amanda i jej smykałka do intryg. Pod nieobecność Karola, w jego gabinecie, najzwyczajniej ukradła stamtąd klucze. Millie serce biło jak szalone, kiedy we dwie zakradły się do ciemnego holu, przed drzwi owego pokoju. To Amanda otwarła je jednym mocniejszym pchnięciem. Wszystko zaskrzypiało. Widać było, że pomieszczenie jest opuszczone od bardzo dawna. Na środku stał jedynie jeden, drewniany kufer.
- I o to tyle roboty? Kufer?- jęknęła zawiedziona służąca, mając nadzieję, że odkryje większy sekret. 
       Millie jednak to starczyło. Nigdy go nie widziała u matki. Musiała go chyba skrywać. Uklęknęła przed owym drewnianym kufrem i pogładziła chropowatą powierzchnię. Była jakby już w tym swym małym świadku. Jakby mama była obok niej. Zacisnęła usta mocno kiedy otwierała go. Wieko odchyliło się, a jej oczom ukazał się środek wyścielony czerwoną satyną. Na dnie były stare fotografie, jakieś książki, biżuteria.
- Typowe dla twej matki.- stwierdziła Amanda siadając na ziemi, obok przyjaciółki. Blondynka każdą rzecz oglądała niczym najświętszą rzecz na świecie.
- O...- jęknęła nagle wygrzebując z dna kufra gruby plik listów. Były tam jeszcze dwa. Uniosła brew widząc stare koperty.
- Matko! Co to?- zainteresowała brunetka przybliżyła się do niej bardziej, zaglądając jej przez ramie.
- Listy...- szepnęła przeglądając pobieżnie koperty.
- Od kogo? - przemawiała przez nią zażerająca ją ciekawość.
- Chyba od mego ojca...Patrz... tutaj widnieje herb naszego rodu. Jedynie król ma dostęp do tej pieczęci. - wyjaśniła przyjaciółce i wtedy usłyszały czyjeś kroki za drzwiami. 
        Amanda szybko zamknęła kufer, a Millie wsadziła sobie listy w dekolt, tak aby nie było ich widać. Co prawda nie mogła prawie oddychać, ale ważne aby nie wyszło na jaw, że coś wyniosła z pokoju. Nie zdążyły się schować. W progu stał kamerdyner. Jego mina była stosunkowo niezbyt przyjazna. Zmierzył je wzrokiem i już się wycofywał. Wiedziały co to oznacza. Szedł do Karola.
- Nie!- krzyknęła Amanda wybiegając na hol, a za nią blondynka. Zarośnięty mężczyzna odwrócił się w jej stronę.
- Jak ty się do mnie odzywasz?!- ryknął silnym basem.
- Chciałam tylko zobaczyć rzeczy po zmarłej matce.- dołączyła Millie.
- Gdy hrabia się dowie!- zagroził.
- To nie ona w tym brała udział... To ja ukradłam klucz.- przyznała Amanda wiedząc jak bardzo blondynce zależy na dobrym słowie z strony wujka.
- Amanda...- szepnęła. 
Przyjaciółka zbyt wiele ryzykowała.
- To moja wina...Panienka nie chciała tego robić.- nagięła prawdę. 
Przyszła królowa pobladła. Czy ona zdawała sobie sprawę jakie nieszczęście na siebie sprowadzała tym wszystkim? Dlaczego za ten postępek tylko ona miała płacić? Chciała zaprzeczyć temu wszystkiemu jednak głos stanął jej w gardle.
- Jeśli tak stawiasz sprawę... nie widzę powodu aby hrabia się o tym dowiedział... Ale ciebie rozpustna służąco nauczę panujących manier w tym domu.- ostrzegł ją po czym ruszył przed siebie, mając w dłoni odzyskany klucz. Obie dziewczyny stały oddychając ciężko.
- Może mi naskoczyć...- powiedziała w końcu Amanda.
- Jesteś nierozważna. Nie wiesz do czego może być zdolny.- szepnęła do przyjaciółki splatając jej dłoń z swoją.
- Chociaż Karol się o tobie nie dowie... Co mi ten pingwin może zrobić? Da więcej rzeczy do prasowania? Dam sobie radę... nie takich łotrów miała przed swym obliczem.- skwitowała ciągnąc blondynkę do jej pokoju .
          Millie jednak długo bała się rozpakować owe listy i je przeczytać. Schowała je pod łóżkiem, nie wiedząc co mogła matka przed nią skrywać. Upłynęło kilka dni. Nie udało się ominąć na korytarzach Roberta. Dość często na niego wpadała. Okazało się, że pięknie gra na pianinie, jednak jest za mocno w innym świecie. Marzył, mówił poezją. Nie należał do silnych mężczyzn. Był wątły i blady niczym blondynka. Nie mógłby się dla niej odpowiednim mężem. 
          Pewnego dnia szła holem obok gabinetu wujka. Chciała znów spróbować z nim porozmawiać. Stanęła przed drzwiami i zapukała. Wiedziała,  że odpowie jej cisza, dlatego nacisnęła klamkę. Zamknięte. Zmarszczyła brwi. Wtedy za jej plecami, niemal z powietrza pojawił się Sergiusz.
- Kolejny włam?- zapytał surowym tonem.
- Słucham?- zdziwiła się, słysząc jego zbyt niemiły ton. Co jak co ale szacunek powinien jej okazywać.
- Korzystasz z nieobecności hrabiego?- kierowanie słów per ty było dla niej zaskoczeniem.
- Nie liczy się pan z tym co pan mówi!- zmierzyła go wzrokiem. Nie mogła sobie pozwolić na takie traktowanie przez niego.
- Za mała jesteś abyś mną kierowała...- prychnął zerkając na zegarek.
- Złożę reprymendę u wuja!- już chciała iść dalej go szukać, jednak kamerdyner się zaśmiał.
- Mówiłem... go nie ma. Wyjechał na kilka tygodni do Londynu. Wziął ze sobą Roberta.- powiadomił ją doniosłym głosem. Stanęła w połowie holu zamierając w pół kroku.
        Nawet jej o tym nie powiedział? Zniknął bez słowa? Zostawił ją samą z tym diabłem? Wzięła głęboki oddech. Nie mogła mu pokazać jak dotkliwie przyjęła tą wiadomość. Odwróciła się do niego aby ukłonić się przed nim na pożegnanie i ruszyła do krętych schodów.
       Kilka pierwszych dni bez wujka było powolnym egzystowaniem. Pozwoliła sobie nawet otworzyć jeden z listów. Był to ten należący do pierwszych.

Tęsknie...
Nie wiem, czemu los nakazał nam rozłąkę, jednak tak będzie dla was najlepiej.
Tęsknie...
Tęsknie za twym obliczem, za bliskością pokrewnych dusz w dwóch ciałach.
Tęsknie...
Tęsknie za mą córką która nie zobaczy swego ojca przez tak długi czas.
Tęsknie...
Tęsknie za miłością z jaką na mnie patrzysz.
To dopiero parę tygodni od kiedy cię nie ma... czekałem na twój list z nieprzypisanym mi drżeniem. Jesteś wszystkim co sprawia, że ujawniają się me niecne wady. Jesteś najlepszym dziełem stwórcy. Czekam aż powrócisz...
Czekam...

D.

          Oniemiała dziewczyna siedziała przy wielkim oknie. Pogładziła miejsca w których papier był wygięty od kropel wody. Łzy? Matka płakała czytając go? Nie dziwiła się. Król musiał kochać jej matkę pomimo różnicy wieku. Dzięki temu skrawkowi słów dowiedziała się, że jednak król był zainteresowany losami swej jedynej córki. Uśmiechnęła się. Musiała powiedzieć o tym przyjaciółce. Ostatnio Sergiusz zapełniał jej czas dodatkowymi pracami, których nie powinna wypełniać. Nawet ostre słowa sprzeciwu z strony przyszłej królowej nic tu nie dawały. Musiały przeczekać do powrotu Karola.
        Weszła do pustej izby Amandy i usiadła na jej łóżku czekając aż brunetka zjawi się. Wciąż czytała owy list, doszukując się w nim sensu, drugiego dna. Nagle drzwi się uchyliły i wszedł Sergiusz.
- Co ty tu robisz?- zapytał jednak widząc jak dziewczyna pobladła wywrócił oczami.- Nie ważne... gdzie jest ta gadzina? - syknął.
- Chyba pan powinien to wiedzieć najlepiej.- zakpiła z niego nieco.
- Uciekła pewnie znowu do obory! Myśli że się wykiwa od obowiązków! To dziś sobie zobaczy!- zaśmiał się nieco złowrogo co zniesmaczyło blondynkę. Rzucił na łóżko czerwoną suknię z kremowymi wstawkami, oraz wielką czerwoną pelerynę z głębokim kapturem.
- Niech to ubierze i pójdzie do pokoju na samej górze. Jest tam jeden pokój... Niech wejdzie i poczeka. Ma dziś specjalną wizytę. Odechce jej się kradzieży i spiskowania...-na jego ustach ujawnił się uśmiech, jednak taki który sprawił u dziewczyny dreszcze.
- Za godzinę niech tam będzie.- dodał wychodząc.
            Millie wiedziała, że nie ujdzie Amandzie płazem to, do czego się przyznała. Najgorsze było to, że owa rzecz była robiona dla niej. Czuła się winna temu wszystkiemu. Spojrzała na leżącą suknię. Nie wiedziała po co ona jest. Jednak wiedziała jedno, chciała aby przyjaciółka nie dźwigała na swych ramionach cały krzyż. Czas aby ona coś dla niej zrobiła. Zwinęła materiał w wielką kulę, kiedy do pokoju wleciała zdyszana brunetka.
- Był tu ten półgłówek?- zapytała opierając się o ścianę. Niebieskooka schowała za sobą sukienkę i pokiwała głową.
- Był... Amanda... Kazał ci się zamknąć w pokoju. Masz zakaz wychodzenia przez najbliższe godziny.- wymyśliła na poczekaniu.
- Nie dam sobą pomiatać!- zburzyła się.
- Amanda! Proszę!- podniosła ton o oktawę.- Miałam ci to przekazać... jeśli nie posłuchasz to tym razem spadnie wszystko na mnie.- próbowała wejść jej na poczucie winy. Brązowe oczy dziewczyny zrozumiały.
- W sumie... mogę położyć się spać.- stwierdziła. Millie czułą się z tym co mówiła, źle. Przyjaciółka mogła pomyśleć, że bardziej liczy się z swym dobrem niżeli z jej, jednak chciała udowodnić tym co miała zrobić.
- Dziękuję.- szepnęła i wyszła tak aby nie pokazać co ma za plecami. Od razu usłyszała brzdęk przekręcanych kluczy. Jak dobrze, że chociaż ten raz posłuchała. Chyba pierwszy w tak prosty sposób. Idąc korytarzem, wrzuciła do pokoju ową suknię a następnie odszukała Sergiusza.
- Amanda już wie o pana woli i przygotowuje się.- powiedziała na tyle grzecznie, na ile umiała.
- Cud... a teraz zmykaj... mam ważniejsze rzeczy na głowie.- Machnął na nią dłonią jakby odganiał muchę. Zagryzła mocniej zęby aby nic więcej nie powiedzieć. Miała dość takiego traktowania. Ruszyła do swego pokoju. 
         Będąc w nim usłyszała dźwięk nadjeżdżającego powodu i kilkunastu koni. Niestety okno nie było ustawione na plac przed dworem. Nadszedł czas przygotowania. Wciągnęła na siebie czerwoną suknię, która była za długa na nią, ale za małą w biuście. Różniły się nieco z Amandą rozmiarami ciała. Zawiązała wszelkie rzemyki jakie wisiały u sukni, a było ich multum. Mało praktyczne, jak na ubiór dla służącej. Ubrała również ową pelerynę i naciągnęła kaptur na twarz. Widać było jedynie jej czerwone usta oraz niesforne, blond kosmyki, opadające na jej obojczyk. Pod suknią zostawiła swoją bieliznę,  która była przeznaczona jedynie dla kobiet o wysokiej randze urodzenia, oraz białe pończochy.
        Zerkając na korytarz, wymknęła się z pokoju. Nikt nie mógł wiedzieć, że tego wieczoru była Amandą. Serce biło jej jak szalone. Już wiedziała dlaczego przyjaciółka jest taka twarda. Kilka takich okoliczności na które nie wiadomo jak się przygotować i można się uodpornić. Znalazła się na ostatnim piętrze dworu. Tak jak Sergiusz mówił, były tam jedyne drzwi. Wielka sypialnia. Dziwne było to, że wszędzie świeciły się lampy. Nie rozumiała jaki jest cel tego wszystkiego. Weszła do pomieszczenia, zamykając za sobą drewniane drzwi. Oddech stał jej się nierówny oraz robiło jej się duszno pod tą peleryną. Stanęła niedaleko okna widząc jak mrok ogarnął okolice. Nagle za nią otworzyły się drzwi.
- Jednak czeka na pana...- usłyszała głos Sergiusza.- Nie będę już przeszkadzać.- dodał szybko i usłyszała szybkie kroki. Blondynka bała się odwrócić. Nikt nie mógł zobaczyć kim jest. 
Czyżby to miał być jej wujek? Może Amanda miała dostać od niego reprymendę? Jednak kamerdyner obiecał... a może Robert? Jednak po co mu jej przyjaciółka? 
       Chód mężczyzny był powolny. Usłyszała jak wzdycha, a po chwili jakiś materiał ląduje na fotelu, obok łóżka. Dziewczyna kątem oka spojrzała w tą stronę. Bogato zdobiony frak. Nie znała go w żadnym wypadku. Przez kaptur udało jej się jedynie dostrzec czerwono-złote elementy. Mężczyzna przybliżył się do niej.
- Załóż...- nakazał, kładąc przed nią długą wstęgę. - Przewiąż sobie nią oczy.- dodał wyjaśniając.                      Zauważyła złoty sygnet na męskiej dłoni. Za szybko ona zniknęła, aby mogła ocenić wygląd złotego przedmiotu. Wzięła do ręki wstęgę, uważając na kaptur, który nie mógł się osunąć, zasłoniła sobie oczy. Wtedy silnym pchnięciem została odwrócona przez nieznajomego, przodem do siebie. Kwiknęła przestraszona. On jedynie zaśmiał się gardłowo.
- Myślałem, że będziesz wyższa...- stwierdził, oceniając ją niczym łanię na polu. Jego dłoń znalazła się na jej policzku. Chciała się wyrwać jednak ten tylko mocniej wbił jej palce w skórę.
- Rwij się, a będzie jeszcze gorzej... Każdy twój krzyk to gorsza zmora dla ciebie...Nikt ci nie pomoże...- jego głos ani trochę nie był miły. Bała się go. Poczuła dreszcze na ciele. Stała niczym marmurowy pomnik.
- Tak lepiej.- nachylił się ku niej, nadal trzymając jej twarz jedną dłonią. Złączył ich usta w zbyt agresywnym pocałunku. Niemal zmiażdżył jej wargi swoimi.
- Dziwne.- stwierdził odsuwając swoją twarz od jej. - Wy dziwki zawsze używacie swoich ziółek aby klienci was nie całowali... a tu proszę. Kogo mi tu mój kochany Sergiusz tym razem skierował na me drogi? Po za tym jesteś bardzo blada jak na chłopkę...- westchnął jakby urzeczony. 
        Puścił jej twarz, jednak dłonią przejechał na obojczyk, a od niego było rzut kamieniem do okazałego biustu przyszłej królowej. Usłyszała dźwięk otwieranego scyzoryku.
- Nie!- krzyknęła chcąc uciekać,  jednak dostała siarczysty policzek z mocnej dłoni mężczyzny.
- Mówiłem coś?!- warknął niczym dziki zwierz.- I tak będziesz moja!- oznajmił władczo chwytając ją za kark. Jej oddech się rwał, a łzy wchłaniał materiał przepaski. Wiedziała co się stanie, wiedziała czego on od niej chce, wiedziała jak Sergiusz chciał się zemścić na Amandzie.
Niestety już wiedziała...
Mężczyzna stracił cierpliwość.   


Kolejny z rozdziałów :)
Akcja nieco się komplikuje. 
Kim jest włóczęga?
A kim mężczyzna, który jest tak bardzo blisko z Sergiuszem?
Jakieś pomysły? :)
Dziękuję wszystkim, którzy czytają Świecę :)
Mam nadzieję, że inność opowiadania was zaciekawi na swój sposób.
Zapraszam do komentowania :)
Dzięk,i że jesteście!

sobota, 11 października 2014

Opowiadanie "Świeca" rozdział 2.

                                                                  2.



           Poranek przyszedł zbyt szybko niżeli oczekiwałaby tego Millie. Obudziły ją odstawiane przez Amandę zasłony. Na dworze był początek wiosny. Wszystko rodziło się do życia. Jak to mówią, wiosna jest najlepszą porą na początek zmian.
- Wstawaj śpiochu!- zaśmiała się brunetka, kładąc się na łóżku obok niebieskookiej.
- Kiedy będę królową...- westchnęła Millie próbując się odgrozić.
- To będziesz niesamowicie tęsknić za tymi chwilami.-odpowiedziała słodko służąca z wielkim uśmiechem. Dziewczyna pokiwała głową. No tak, teraz był najbardziej spokojny czas. Wszystko zacznie się, kiedy odziedziczy koronę. Oby ojciec żył jak najdłużej. Wstała z łóżka podchodząc do misy z ciepłą wodą.
- Zazdroszczę ci tego kim jesteś. - przyznała szczerze. Niewiele osób wiedziało co kryło się w tym małym ciałku. Obecnie całą tajemnicę znała służąca,  która ścieliła łóżko.
- No powiem ci, szczerze nie chciałabym być na twym miejscu. Zwłaszcza, że spotkałam już twojego przyszłego męża.- zaśmiała się. 
Millie momentalnie spoważniała, a jej oczy zrobiły się większe. Spojrzała na przyjaciółkę, a ta wybuchła jeszcze głośniejszym śmiechem.
- Gdybyś się tylko teraz widziała.- stwierdziła podając jej biały ręcznik.
- Jaki jest?- zapytała z czystej ciekawości. Ameryanka zaśmiała się jeszcze raz i poruszała śmiesznie brwiami.
- Specyficzny...- odpowiedziała krótko, wyjmując z szafy niebieską suknię dla swej pani. 
 Przymierzyła ją do siebie i zaczęła wirować po pokoju. Millie zaczęła się śmiać. Jak była światu wdzięczna, za taką przyjaciółkę na tej planecie. Zapewniała jej przyjemną odskocznię od zbyt poważnej przyszłości.
- Zaraz upadniesz i nabijesz sobie guza.- zauważyła próbując ją zatrzymać.
- Pingwin Sergiusz będzie dumny z ciebie o pani! Żeś tak odpowiednio potraktowałaś me chłopskie zapędy!- zaczęła udawać ton głosu oraz sposób w jakim mówił kamerdyner zeszłego wieczora. Blondynka usiadła na fotelu śmiejąc się w głos.
- Zauważyłaś jak trzyma zegarek?-Amanda przystanęła zarzucając suknię na łóżko. Wyprostowała się przed przyjaciółką i zrobiła pilną minę Sergiusza, który zerka co kilka minut na swój dorobek.
- Jeśli będziesz za stara na służącą to biorę cię na nad dwornego błazna!- zauważyła Millie ocierając łzy z policzków.
           Kilkanaście minut później, blondynka kroczyła cichym holem, a za nią szła służąca. Nigdy nie była na tym dworze, nie znała miejsc do których powinna się udać. Amanda wspomniała, jedynie o miejscu w którym miało odbyć się śniadanie. Znalazła się w wielkiej sali w przytłaczających, ciemnych kolorach ścian, gdzie stał wielki, czarny stół. Wszystko na nią już czekało. Była sama. Miała nadzieję, że spotka wujka. Na marne. Po śniadaniu miała w planach wraz z Amandą znaleźć Karola by oprowadził je po dworze. Przy pomocy przyjaciółki wstała od stołu, poprawiając niebieską sukienkę, która podkreślała kolor jej oczu. Kiedy ich kroki były skierowane ku drzwiom, nagle do sali wpadł mężczyzna. Jego włosy były w kompletnym nieładzie. Wyglądał jakby pokłócił się szczerze z szczotką. Jednak oceniając na szybko jego wygląd, widać było, że dba o swój ubiór... więc dlaczego te włosy? Millie uniosła brew do góry zdziwiona.
- Och! Niech me gwiazdy będą mą wskazówką, przez kręte drogi mego życia!- zawołał uradowany. Jego niebieskie oczy rozbłysły w zadowoleniu. Blondynka spojrzała na przyjaciółkę, która walczyła z falą śmiechu.Widać w tym był ''specyficzny".
- Tuż to gwiazdy tej bladej nocy mówiły mi... nie! Szeptały iż spotkam najjaśniejszą z jasnych! - klasnął w dłonie i spojrzał jakby w niebo. Niebieskooka zrobiła to co on, nie rozumiejąc kompletnie tej maskarady.
- Jam jest Robert Collght, oddany duszą i ciałem panienki stryjowi... oraz królowi tego najbliższemu Bogu kraju!- niemal schylił się do samej ziemi, kiedy dziewczyna podała mu dłoń.
- Millie Dove...- szepnęła nadal oniemiała pod wpływem wrażeń, jakie dostarczał jej mężczyzna. On jednak szeptał jej godność w tym samie czasie co ona. Był dziwny. Pierwszy raz spotkała w swym życiu tak odmienną osobowość.
- Jestem rad z losów toczących się w mym kraju... jak jestem wdzięczny, o pani, rodzicom którym me życie, tak drogie było, że swego jedynego syna wysłali w łaskę do najmiłościwszych!
Amanda prychnęła, nie mogąc już opanować uśmiechu. Kącik ust Millie również się nieco wygiął,  jednak tak jak nakazywała jej etykieta, starała się być poważna.
- Cieszę się pana szczęściem. Jednak muszę pana przeprosić, panie Collght. Obowiązki wzywają... muszę jednocześnie nawiedzić mego wujka.- powiedziała próbując zakończyć rozmowę w grzeczny sposób.
- Ależ ja pomogę! Zaprowadzę panią do komnaty hrabiego... Zapewnię me ramię, aby i stąpanie po zimnym kamieniu było łagodniejsze dla delikatnych stóp przyszłej matki narodu.- z jego ust płynęła sama poezja. Blondynka przechyliła głowę na bok nie dowierzając.
- Niedopuszczalne jest w mym obecnym stanie, spoufalać się z nieznanymi mi mężczyznami... Wuj nie aprobowałby takich zachowań.- oczywiste rozwiązanie, które zawsze stosowała w takich przypadkach. Choć Millie wyglądała na małą, szarą, cichą myszkę... to było to dla niej idealne rozwiązanie w takich momentach kiedy zalotnik był zbyt odważny. Etykieta... taki złoty środek.
- Cóż...- westchnął bezradny na jej odtrącenie. Dalsze próby przekonania jej byłby bardzo nie na miejscu.
- Może pomógłby pan Amandzie,  zapoznać się z miejscem do najlepszego spoczynku w porze popołudniowej? Rozmowę z wujem chciałabym odbyć w osamotnieniu...- spojrzała na przyjaciółkę. Oj wiedziała, że nie będzie mieć później łatwo. Brunetka już teraz zabijała wzrokiem blondynkę.
- Och jestem rad na taki wybór!- uśmiechnął się szeroko nadal wpatrzony w przyszłą królową jak w obrazek. 
Millie zauważyła, że najczęściej używanym słowem u Roberta to ''rad''. Cóż, taki człowiek. Ukłonem, dziewczyna pożegnała się z dwójką i uwolniona z sideł adoratora, który według Sergiusza miał być idealnym kandydatem na męża, ruszyła holem w nieznane. 
          Chciała odszukać swego wuja, jednak ten jakby nie istniał w kamiennych murach. Jedyna możliwość to odszukanie pokoju, w którym ostatnio przebywał. Zeszła powolnie wielkimi schodami, które prowadziły do drzwi wyjściowych. Musiała uważać by nie trafić na kamerdynera, który zapewne zakazałby jej nachodzenie Karola. Stojąc przed drewnianymi drzwiami z ciemnego dębu, twierdziła, że bicie jej serca słychać w całym domostwie. Denerwowała się, jednak czym? To był jej wujek... ten którego uwielbiała gdy zjawiał się w ich koloni.
           Zapukała dwa razy w drewno, jednak odpowiedziała jej jedynie cisza. Nie byłoby go? Może pojechał na polowania lub obejrzeć okoliczne ziemie? Nigdy nic nie wiadomo. Coś jednak tchnęło ją aby nadusić klamkę. Odbiła od razu uchylając ku niej wnętrze pokoju. Był w kolorze zgniłej zieleni. Poczuła się jak w beczce rumu, czy też w męskim saloniku gdzie dżentelmeni palili cygara. Nabierając ostatni, w miarę czysty oddech, weszła do pokoju. Zamknęła za sobą drzwi. Chciała się zapoznać z tym co otaczało wujka. Panowała tam ciemność. Jedna mała lampa oświetlała jedynie biurko. Dziewczyna potknęła się o jakieś książki. Zdławiła kwik, zdając sobie sprawę, że koło drzwi przechodzi Sergiusz. Oddech stał jej się ciężki. Nie powinna węszyć w azylu Karola, jednakowo żałowała, że Amandy nie ma przy niej. Ta idealnie nadawała się do takich ''operacji''. Nie mogła tak dłużej przebywać w mroku dlatego podeszła do wielkich, ciężkich zasłon z zamiarem odsłonięcia ich szybkim szarpnięciem.
- Nie!- usłyszała męski, władczy głos za plecami. Przeszły ją dreszcze. Zamarła trzymając zakurzony materiał w dłoniach.
- Nakazuję ci zaprzestanie swych czynów...- powiedział spokojniej. 
         Rozpoznała ten głos. Odwróciła się. Luka którą zdążyła jej się zrobić w zasłonach ułatwiła jej odnalezienie mężczyzny w pokoju. Siedział w wielkim fotelu z szklanką jakiegoś trunku w dłoni. Patrzył na nią zamyślony. Nadal widziała skrywane w nim cierpienie . Zrobiła krok w jego kierunku.
- Nie zaprosiłem cię do środka, więc próbuję zrozumieć dlaczego tu jesteś.- patrzył na substancję, którą przelewał w krysztale trzymanym przez siebie w dłoni.
- Masz jakieś godne wytłumaczenie?- zapytał spoglądając na powrót na nią.
- Szukałam cię wujku... wczoraj wydałeś się zmęczony... Chciałam jedynie prosić cię o dotrzymanie danego mi słowa.- zrobiła kolejny krok. To jednak jakby spłoszyło mężczyznę. Wstał z fotela szybkim ruchem, odkładając na stolik szklaneczkę. Minął ją bezuczuciowo i stanął przy oknie, zasłaniając je na powrót szczelnie.
- Nie jesteś już dzieckiem droga Millie. Sama poznasz otaczający cię świat.- odbąknął nie chcąc na nią patrzeć.
- Dlaczego stałeś się taki lodowaty? Kiedy mama żyła...- zaczęła jednak zauważyła jak ściska mocniej szczękę.
- Poproszę Sergiusza aby się tobą zajął. Mam za dużo rzeczy na głowie aby bawić się w Twoją niańkę...- wysyczał sięgając po cygaro. Odpalił je dłuższym pociągnięciem.
- Jak na przykład upijanie się i palenie zwiniętych liści tytoniu?- zapytała z ostrym językiem,  który jej matka ujawniała tylko w jej obecności. Odziedziczyła to po niej.  Tylko wtedy matka pokazywała jej prawdziwą twarz. Etykieta była ważna, jednak zawsze pod nią chowało się drugie dno. Millie nawet zbliżyła się do mężczyzny. Zawsze walczyła o to co było dla niej cenne. Ojca nie znała, jedyną wizją rodzinny był dla niej Karol. Ten spojrzał na nią marszcząc brwi.
- Jesteś za młoda by używać tych rezolutnych kwestii. Za młoda by pouczać mnie! Pomyliłaś się droga panno! Dla swego bezpieczeństwa opuść te miejsce bo nie ręczę za me czyny... Jesteś jeszcze na tyle młoda abym mógł cię wychować, a nie będę robić to jak twa matka... nie będę szczerbił sobie języka! Poznasz co to męska ręka!- jego głos stawał się coraz głośniejszy. Oczy dziewczyny poczerwieniały z strachu, a policzki zrobiły się różowe. Nie uciekła jednak.
- Jesteś głupia czy głucha!?- ryknął podchodząc do niej w akcie desperacji.
- Nie lękam się twych słów czy czynów. Jeśli z tym ma się wiązać poznanie najbliższego w mym sercu mężczyzny, to odważę się wysyczeć kolejne słowa. Walczę o wujka, który w mych oczach zastępował mi ojca, który poświęca się dla kraju.- mówiła odważnie. Patrzyła w twarz mężczyzny i momentalnie zauważyła jak furia opada, a dłoń która była już uszykowana do wymierzenia jej policzka zaciska się by po chwili znaleźć się gdzieś koło biodra mężczyzny. Patrzył na nią, i wydało jej się, że walczy z czymś silniejszym niżeli walka o swoją prywatność.
- Jesteś taka do niej podobna...- westchnął niemal bezgłośnie, a głos mu się złamał.
- Millie!- wtargnęła do pokoju Amanda i zamarła widząc dwójkę tak blisko siebie. Zmieszała się opuszczając wzrok i przybierając odpowiednią postawę dla służącej.
- Panienko Dove, przed popołudniowy odpoczynek już gotowy w ogrodzie.- mówiła spokojniejszym tonem.
- Za chwilę przybędę.- odpowiedziała blondynka, chcąc jeszcze przedłużyć moment rozmowy z wujkiem.
- Nie, idź już... musisz odpocząć...ja... Muszę w tym czasie zająć się ważnymi sprawami.- Karol musiał uciec od dziewczyny, od wszystkich pytań. Teraz w obecności służby znowu musiała trzymać się wytyczonych zasad. Ukłoniła się, przytrzymując suknię po czym wyszła.
- Co mieliście takie miny? Napastował cię?- syknęła Amanda zbliżając się do przyjaciółki, jednocześnie patrząc na boki czy nikt ich nie słyszy.
- On? W życiu... jest mym drugim ojcem. Sprowokowałam go i wyprowadziłam z równowagi...- skrzywiła się nieco.
- Uwielbiam kiedy to robisz, mała.- zaśmiała się brunetka, ale niższa dziewczyna skarciła ją wzrokiem. 
Po kilku minutach znalazły się pod wielkim drzewem gdzie uszykowany był koszyk z jedzeniem oraz wielki koc.
- Powinnam ci chyba podziękować za zrzucenie na mnie Collghta.- syknęła Amanda siadając obok przyjaciółki. Tu były stanowczo oddalone od dworku, dzięki czemu nie musiały przejmować się podstępnymi ciekawskimi osobami.
- Przepraszam... nie wiedziałam co mam zrobić. Był nieugięty. Poza tym przerażał mnie.- blondynka wyprostowała nogi podciągając swoją białą pończochę na udzie.
- Gada jak najęty! Jakby czytał poezje... nie dziwota, że rodzice go tutaj wysłali. On na pole bitwy się nie nadaje! Zbyt delikatny! To ja szybciej broniłabym swego kraju...- zaczęła oceniać bruneta.
- Pokonałabyś niejednego rosłego mężczyznę.- stwierdziła przyszła księżna śmiejąc się do przyjaciółki.
- Eh.. brak słów na takich pół-mężczyzn. I on miałby być twym mężem? Współczuję ci! Oby król miał co innego w swej inwencji.- skwitowała Amanda wzruszając ramionami. Rozejrzała się za książką, którą przywiozły z Ameryki aby móc ją w wolnym czasie czytać jednak jej nie znalazła.
- Millie... ja muszę wrócić do dworku... poczekasz chwilkę? Nie wzięłam tego tomiku poezji...- nadal nie dowierzała w swoje roztrzepanie.
- Idź... nic mi się tu nie stanie. Większe tu bezludzie niżeli świat widział.- zaśmiała się do przyjaciółki niebieskooka. Służąca wstała szybko i niemal pobiegła do oddalonego domostwa hrabiego Dove. 
         Millie zamknęła oczy rozkoszując się ciepłem promieni słonecznych. W murach domu było strasznie zimno, dlatego była to miła odmiana dla niej. Nagle usłyszała jakiś szelest w krzakach niedaleko koca. Otworzyła oczy i kwiknęła przestraszona. Przed nią stał zarośnięty mężczyzna, wyglądał jak włóczęga z podartymi ubraniami, niedbała fryzurą i licznymi zabrudzeniami. Millie rozejrzała się. Była sama. Mężczyzna wbijał w nią swoje brązowe oczy. Bała się. Wyciągnął ku niej brudną dłoń. Serce momentalnie chciało uciekać z tego miejsca, jednak ciało zostało sparaliżowane.
- Czy panienka... ofiarowałaby mi to co skrywa najlepszego?- zapytał płynnym angielskim, jednak bez tutejszego akcentu.



Nowy rozdział znów
trochę przeciągnęłam dodanie go 
przepraszam!
Ostatnio gorzej się czuję :/
Dziś poznaliśmy pana Roberta :D
Jak wam się podoba?
Kim jest nowy mężczyzna?
Zapraszam do pisania komentarzy!
Liczę na was!
:) 
Dzięki, że jesteście!

piątek, 10 października 2014

Opowiadanie "Świeca" rozdział 1.

                                                                1.



           To wcale nie był najpiękniejszy czas. Przynajmniej nie wszyscy tak twierdzili. Czym był naprawdę? Jedną wielką plamą krwi, rozlanej na mapie świata. Wszędzie toczyły się bitwy o ''niepodległość'', ''równość'' i ''przymierze''. Jednak tu nikt nie patrzył na jednostkę. Liczyło się to, kto będzie lepszym władcą z większą fortuną. Były swoje wady tego wszystkiego, jak i zalety. Jednak nie ma co rozdrabniać się na części wtórne. Wielki statek zbyt mocno był rzucany przez fale oceanu. 
           Pierwsza podróż tej młodej kobiety przebiegła miernie. Urodzona już na stabilnym gruncie, wychowywała się TAM... po drugiej stronie świata. Była sama z matką, ulokowana u jednego z przedstawicieli władz Brytyjskich. Od zawsze przysługiwały im należyte wymogi życia. Choć miały tylko siebie, tak naprawdę za Millią stało całe państwo. Była jedynym dzieckiem chaotycznego króla. Nie znała ojca, nie wiedziała dlaczego zostały zesłane do odrębnego świata, kierującego się większą obłudą i dzikością niżeli w wygodniej Anglii. Jednak nigdy nie czuła się pokrzywdzona. Przecież nie można tęsknić za czymś czego się nie zna. Znała jedynie smutne oczy matki, gdy padało pytanie związane z ich krajem. Tęskniła, dziewczyna zawsze twierdziła, że za jej ojcem...Jednak czy taka prosta była ta prawda?
            Zawsze powtarzano jej do czego jest stworzona, gdzie jest jej cel i czym stanie się gdy przyjdzie właściwa pora. Dopóki żyła matka było jej wszystko jedno. Mniej przywiązywała uwagę do należytych norm, które będzie musiała przestrzegać będąc głową kraju. To w Ameryce Północnej wychowywała się z Amandą, w późniejszym czasie jej osobistą służącą, którą zawsze miała przy sobie. Amanda była kimś w rodzaju przyjaciółki. W czasie wszelakich bali czy konferencji z osobami wysokiej rangi politycznej, musiały przestrzegać wymaganych zasad, jednak gdy były same...były sobą.
           Jednak nadszedł dzień w którym nawet ta spokojna sielanka, przestała być tak bardzo płynna i łatwa. Matka zmarła. Nie należała już do najmłodszych kobiet. Księżna o jasnych włosach zamknęła swe błękitne oczy już na zawsze. Miała prawie pięćdziesiąt cztery lata. Późno narodziła swą jedyną córkę z bardzo młodym królem, który miał wtedy szesnaście lat.
          Śmierć matki przyspieszyła jej podróż do Brytanii. Tak zadecydował jej wuj. To on kilka razy w życiu zjawił się w koloni by sprawdzić stopień życia dwóch kobiet. Był starszym bratem króla. Zawsze zastanawiała się dlaczego to nie on został królem. Miał niemal wszystkie cechy. Przynajmniej mogła tak myśleć. Ostatnio widziała go gdy była dzieckiem. Teraz miała zamieszkać w jego dworze, oddalonym od zamku królewskiego dwudniową drogą konną. Tak miało być bezpieczniej dla dziewczyny. Jednak bezpieczniej przed czym?
         Pogrążona w żałobie po matce, którą w tamtejszych czasach rozumiało się nieco inaczej, co nie odejmowało jej jednak cierpienia, musiała wejść na wielki, drewniany statek wyrywając swoją jedyną z służących z tego co znała. Amanda opuszczała swoją rodzinę, aby być przy przyszłej królowej.
Podróż dla dziewczyn trwała niczym wieczność. Pierwsze dni były najgorsze. Później, zresztą jak we wszystko, wchodziła kwestia przyzwyczajenia. Nie mogły kryć jednak uradowania, kiedy powiadomiono je o zbliżającym się lądzie rodzinnego kraju Millie. Na obcej im ziemi czekały na nie trzy powozy z herbem rodzinnym. Do tego było wojsko w postaci pięciu jeźdźców.
- Przygotowali się jakby miała sama królowa zejść z pokładu.- żartowała Amanda dając kuksańca w bok młodszej, znacznie przejętej blondynce.
- Lepiej powstrzymajmy żarty... nie wiemy czego się po nas spodziewają... a tym bardziej czego my się możemy spodziewać po nich.- szepnęła do przyjaciółki zaciskając swe drobne dłonie, ukryte w koronkowych rękawiczkach.
- Uważaj bo przełożą nas przez kolano i dadzą lekcję ogłady.- prychnęła dziewczyna prostując swoją nową brązową suknię. 
         Amanda zawsze miała charakterek. Nie należała do tych delikatnych panienek, o których obecnie marzył niemal każdy mężczyzna. Była bardzo rzeczowa. Kiedy jakiś mężczyzna zbyt mocno się do niej przystawiał, nie patrzyła na to czy była nadworną służącą księżnej czy zwykłą prostaczką, chwytała za to co mężczyzna miał najcenniejszego i się go pozbywała. Nigdy nie lubiła oleistości wszystkich manier. Miała zbyt cięty język i proste patrzenie na świat. Nie było szarości. Etykieta była dla niej zbędna.
         Millie niestety nie mogła być taka. Poprawna wymowa, grzeczność, pokora. Zawsze to musiała brać pod uwagę. Jednak przebywanie z rodowitą Amerykanką sprawiało, że miała w sobie tą iskrę, którą będzie potrzebować w rządzeniu krajem. Obie jednak straciły tyle odwagi w swych poczynaniach, kiedy położono mostek po którym mogły zejść z statku. Czekało je coś nowego. Przez chwilę ścisnęły swoje dłonie, dodając wzajemnie sobie odwagi. Na statek wszedł rosły mężczyzna w idealnie skrojonym fraku. W dłoni trzymał zegarek kieszonkowy. Ukłonił się przed kobietami i odchrząknął prostując się.
- Jestem Sergiusz Wings.. Kamerdyner posiadłości hrabiego Dove oraz jego prawa ręka. Powierzył mi odebranie przyszłej królowej tego kraju.- ukłonił się znów. Kobiety odpowiedziały mu tym samym. Ruszyły za Sergiuszem powolnym krokiem. Służba zajęła się wszelkimi bagażami. Przed karocą przeznaczoną dla nich.
- Na dworze hrabiego Dove przebywa obecnie panicz Robert Collght... przybywa z hrabstwa znajdującego się w Francji. Przez obecne rebelie, jego rodzice zdecydowali umieścić go u Karola Dove II, jako w azylu. Jednocześnie byliby niezmiernie radzi gdyby rozważyła Pani jego kandydaturę na męża.- powiedział z wrodzonym, angielskim akcentem dość przesadzonym. Amanda prychnęła za plecami blondynki, jednak szybko się uspokoiła pod naciskiem spojrzenia kamerdynera.
- Udajmy się do dworu mojego wuja...- ominęła wszelkie zobowiązujące słowa niska dziewczyna i odwróciła się przodem do drzwiczek powozu, dając mężczyźnie znać, że rozmowa została zakończona. Ten spojrzał pierw na swój zegarek, pokiwał głową na służącego, który otworzył drzwi. Kobiety przy pomoc drugiego mężczyzny wsiadły do powozu. Na szczęście Sergiusz jechał pierwszym powozem.
- Co za ordynarny prostak...- fuknęła Amanda zakładając ręce na piersi. Millie uśmiechnęła się na to określenie, choć sama by tego nie mogła powiedzieć.
- Wiadome jest, że jak najprędzej będą chcieli mi znaleźć małżonka... już mój czas.- wzruszyła ramionami świadoma swego losu.
- I pójdziesz niczym głupi warchlak pod siekierę?- zapytała marszcząc brwi.
- Nie warchlak... lecz przyszła głowa kraju. Samotna kobieta nie jest wstanie świadomie podejmować decyzji. - przytoczyła słowa, które zawsze mówiła jej matka. Amanda wywróciła oczami.
- I mówiła to kobieta, która samotnie żyła w Ameryce i wychowywała samotnie córkę...- zakpiła z idiotyzmu tej sytuacji.- Wiele było kobiet, które same władały państwami i co? Żyły... Mężczyzna nie jest ci potrzebny do myślenia.- twierdziła oburzając się. Amanda była bardzo mądrą dziewczyną. Millie była zawsze zamykana w „klatce” myślenia przez etykietę, którą musiała wypełniać. Am nie miała tego ograniczenia.
- Mąż ukierunkuje me myśli, oraz da potomka... następce tronu.- wyjaśniła próbując bronić słów matki. Brunetka jedynie wywróciła oczami i się żachnęła.
         Dalsza droga trwała kilkanaście godzin. Rozmowa trwała cały czas. Przyjaciółki zawsze znajdowały powody i tematy na liczne spory lub rozważania. Dzięki temu obie się rozwijały i budowały nowe spojrzenie na świat. Kiedy za oknem powozu zrobiło się ciemno, usłyszały jak konie zostają zatrzymane.
- Jesteśmy...- szepnęła Millie zdając sobie sprawę, że niedługo zobaczy wujka. Zamknęła na chwilę oczy... o ile łatwiej byłby jej, gdyby matka była przy niej. Ścisnęła dłoń na srebrnej broszce, którą po niej odziedziczyła.
- Dasz radę.- stwierdziła Amanda budząc się nieco,ponieważ zbierało jej się na sen.
        Drzwi od karocy zostały otwarte i obie kobiety wyszły z niej. Długie, puchwiate suknie wydawały się im już męcząco ciężkie. Weszły do wielkiego domostwa gdzie hol oświetlony był licznymi lampami. Panowała tam całkowita cisza.
- To jakiś opuszczony dom?- szepnęła Amanda. 
       Millie zawsze mało mówiła. Tak została nauczona. Jednak teraz nieco się uśmiechnęła, rozglądając się po licznych portretach, które wisiały na ścianach. Sergiusz bez słowa minął dziewczyny i ruszył do jakiś drzwi. Otwarł je, by chrząknąć znacząco zwracając na siebie uwagę kogoś kto się tam znajdował.
- Przyjechały.- powiedział donośnym i poważnym tonem. Blondynka usłyszała jakiś dźwięk, jakby odsuwanego krzesła i ciężkie kroki.
        Zza drzwi wyłonił się dojrzały mężczyzna. Posiwiałe skronie okazywały jego wiek. Miał nie jedno zmartwienie za sobą. Jego twarz była ogarnięta smutkiem. Jedno oko schowane pod przepaską, utracone na polu bitwy. Był bardzo wysoki, jak i bardzo dobrze zbudowany. Stanął kilka metrów przed Millie i dopiero na nią spojrzał, ponieważ cały czas nosił zwieszoną głowę. W pierwszej chwili wyglądał jakby zobaczył ducha. Otworzył nieco usta ale je zamknął. Amanda w tym czasie podeszła do niebieskookiej blondynki aby pomóc jej ściągnąć z głowy czepek. Gdy blond loki spłynęły po jej ramionach, Karol w odruchu dotknął usta dłonią, jakby dławił jakieś słowa. Odchrząknął powstrzymując emocje.
- Millie... jak ty wyrosłaś...- westchnął. Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko do mężczyzny. To jedynie pogorszyło jego stan.
- Wujku...- powiedziała ciepłym głosem, chcąc jak za dawnych lat podejść i go przytulić. Ten jednak się od niej odsunął. Wyczuła, jednak zapach alkoholu unoszący się przy nim oraz brak zadbania o swój wygląd. Zdziwiła się. Nie to pamiętała gdy do nich przyjeżdżał.
- Upodobniłaś się do matki... to bardzo dobrze.- stwierdził odwracając się do niej plecami i ruszając do drzwi z których wyszedł. Powiedział to bez przekonania. Raczej jakby była to, smutna prawda.
- Nie oprowadzisz mnie po dworku? Tyle mi o nim wspominałeś..- zawsze kazał jej być odważną i dzielną. Dlatego teraz odważyła się unieść głos aby ją usłyszał. Stanął przy drzwiach zerkając na nią.
- Sergiusz wskaże ci pokój... na dziś starczy emocji.- postanowił i zniknął. Służąca syknęła niczym żmija do zamkniętych drzwi.
- Stary bufon.- stwierdziła,  jednak w niepowołanym czasie. Sergiusz przecież nadal był przy nich. Uniósł brwi patrząc na naganną podwładną. Millie, choć rozdarta musiała spełnić wolę wujka, który obecnie pełnił nad nią władzę, dopóki jej ojciec nie zjawi się w progu dworku.
- Zaprowadź nas do sypialni.- nakazała dziewczyna odwracając się tyłem do drzwi ukrywając zawód jaki sprawił jej wuj. To na szczęście uchroniło Amandę przed reprymendą kamerdynera.
          Obie dziewczyny zostały zaprowadzone do wielkiej sypialni. Była specjalnie dobrana do przyszłej królowej. Na wszystkim były rodowe herby, jednak przeważał na ścianach kolor purpury oraz beżu. Amanda pomogła Millie ściągnąć suknię oraz dokonać wszelkich wieczornych rytuałów. Kiedy żegnały się przed snem i blondynka została sama w obcym miejscu, zdała sobie sprawę jak bardzo wymalowany świat dzieciństwa został za nią. Wujek stał się zimną skałą przewleczoną bólem, Sergiusz już od pierwszej chwili spełniał idealnie się w roli swatki. Już obawiała się otworzyć oczy wraz z porankiem. Na pewno zostanie zorganizowane w ciągu jej dnia zobowiązujące spotkania z niejakim Robertem. Skrzywiła się. Ile mógł mieć lat,  że rodzice organizowali mu azyl? Nie chciała mieć takiego męża jak jej matka... Czy w ogóle chciała mieć kogokolwiek? Za szybko na takie myśli. Najpierw chciała poznać na nowo wujka.



Nowe opowiadanie. 
Wielki lęk przed waszą oceną.
Eksperymentuję :D
Co sądzicie? 
Jest to taka zapowiedź tego wszystkiego co planuję.
Zmiana sposobu pisania nie jest do końca łatwa :D
Zapraszam do komentowania!
Wasza Tumburulka!

środa, 8 października 2014

Postacie opowiadania "Świeca" / 12.000 views.

Postacie opowiadania "Świeca"


17 lat
Urodzona - Nowy Świat



55 lat
Urodzony- Anglia



33 lat
Urodzony - Anglia



40 lat
Urodzony - Hiszpania



31 lat
Urodzony - Hiszpania



27 lat
Urodzony - Hiszpania



30 lat
Urodzony - Francja



34 lat
Urodzony - Anglia




20 lat
Urodzona - Nowy Świat







poniedziałek, 6 października 2014

Opowiadanie "Koralik" rozdział 41. Zakończenie.



               Prawa dłoń, na której znajdowała się złota obrączka powoli pogładziła moją białą suknię, która sięgała mi do samej ziemi. Dookoła mnie roznosił się gwar licznych rozmów i śmiechów gości oraz dźwięki melodii wygrywanej przez orkiestrę. Wzięłam głębszy oddech, zaciskając nerwowo usta po czym rozejrzałam się po wielkiej, jasnej sali. Kilka osób tańczyło w rytm muzyki, zbyt dobrze rozpoznawałam uśmiechnięte twarze, które w mym życiu pojawiły się na przełomie kilku lat. Automatycznie kącik ust uniósł mi się, wytwarzając na mej twarzy tak pożądany uśmiech w ważnym dniu w mym życiu. Nie najważniejszym...
           Wzrok szukał jedynie jednej osoby, która zniknęła niezauważona przeze mnie. Szukając przesunęłam me spojrzenie na okrągły stół, przy którym siedziała jedyna męska para. David i Peter. Nadal razem. Nadal musieli walczyć z licznymi wścibskimi komentarzami. Ich relacje z naszymi rodzicami nieco się ociepliły, David miał prawo wejść do domu wraz z Peterem. Byli spójną całością. W najbliższych planach mieli ślub. Chcieli przypieczętować w ciągu najbliższych miesięcy to, co stworzyli na tak chaotycznym gruncie.
         Obok Davida siedział Chris, uśmiechający się do dziewczyny w swych ramionach. Chrissy, tak oto miała na imię zadziorna blondynka. Była ucieleśnieniem wszystkiego, czego mógł perkusista pragnąć od losu. Sprawiała, że stał się szczęśliwym człowiekiem. Woody spojrzał w moją stronę, jakby wyczuwając mój wzrok, po czym obdarzył mnie tak znanym mi dobrze ciepłym uśmiechem i pokiwał ręką. Nigdy nasza przyjaźń się nie zmieniła. On zawsze był. Tym bardziej cieszyłam się z pojawienia tej dziewczyny w jego życiu. Znali się już ponad rok. Cieszyłam się dodatkowo z tego, że zrozumiał jak bardzo się mylił co do uczucia którym mnie darzył. Woody... mój ukochany przyjaciel.
-Mamo!- z zamyślenia wyrwał mnie uradowany, cieniutki głosik małej dziewczynki, która stała za mną. Odwróciłam się przodem do niej. 
            Miała niecałe sześć lat. Jej policzki były różowe od biegania wraz z innymi dziećmi. Niebieskie oczy były istnym odzwierciedleniem oczu jej ojca, natomiast odcień ciemnych włosów,  które sięgały jej do łopatek sprawiały, że przypominała mnie z starych fotografii.
- Ros...- zaśmiałam się przytulając córeczkę do siebie.- Jesteś cała spocona.- zauważyłam ocierając czoło dziewczynki.
- Mamooo... bendziesz ksienznickom juszzz zafsze?- zapytała z tak słyszalną wadą wymowy.
Ukucnęła przed nią rozczulona słowami. Była tak żywym dzieckiem. Uśmiech nigdy nie znikał jej z twarzy. Budowała we mnie niesamowite uczucia. Tak mały człowieczek był iskierką w mym życiu. Zawsze było jej pełno, zawsze miała dużo do powiedzenia.
- Niestety... Mama będzie księżniczką tylko dziś.- wyjaśniłam łapiąc córkę za rączki.
- A tata mófił, że ja jestem jego króleffenką.- pochwaliła się, a gdy usta wygięły się w uśmiechu, w jej pucołowatych policzkach ujawniły się dołeczki, tak bardzo podobne do tych Dana. Z mniejszym uśmiechem dotknęłam dłonią jej policzka.
- Tata zawsze będzie cię kochał.- przypomniałam jej, jak miałam w nawyku.
- I ja kocham go...ciebie mamo teszzz.- przeciągle mówiła. Rzuciła się mi na szyję. Przymknęła oczy obejmując w swych ramionach malutkie ciałko. Jedyny cud jaki zrodził się w mym życiu.
- Kocham cię Ros.- szepnęłam czując łzy pod powiekami. Zawsze zbyt mocno przeżywałam, mówiąc to córce. Ucałowałam ciemne główkę dziecka.
- A Tom zucał we mnie paróffkami!-- przypomniała sobie, wykrzywiając usteczka w podkówkę,skarżąc na młodszego od siebie o dwa lata rudowłosego chłopca. Podniosłam się z ziemi kiedy obok nas przebiegał z patykiem w ręce. Nicpoń odziedziczył iskrę charakteru po rodzicach.
- Choć... zaradzimy coś z tym.- puściłam oczko do córki i razem ruszyłyśmy do jednego z licznych stołów. Siedziała tam ciężarna Caroline, spodziewająca się bliźniaczków oraz Kyle.
- Blubluś! - powiedział z zachwytem brodacz, zauważając mnie. Nadal nie zmienił nic w nastawieniu do mnie. To było chyba w tym wszystkim najpiękniejsze.
- Mam małą sprawę...Twój pierworodny, rzuca parówkami w Małą.- powiedziałam mu na ucho kiedy brał Ros na kolana. Byłą jego ulubienicą, którą oczywiście uczył jeść Kyle'a kanapki. Brodacz był ojcem chrzestnym dla Ros.
- Czego ty od niego chcesz? Jest rudy...- prychnął zabawnie, a Caro spiorunowała go wejrzeniem. Nigdy ich związek nie należał do tych spokojnych i miarowych. Nadal byli bujnym małżeństwem przepełnionym kłótniami ale i dużą miłością. Trochę się jedynie wyciszyli po pojawieniu się Toma.
- A może dlatego, że ma takiego ojca?- zasyczała ciężarna.
- I mamuśkę...- wymruczał jej, dając buziaka w policzek. Ros z śmiechem zakryła oczy, robiąc obrzydzoną minę. Prze tyle lat Kyle wreszcie nauczył się nieco naprawiać ich kłótnie innym sposobem niżeli seks. Zaśmiałam się.
- Kyle...- przypomniałam u o sprawie.
- No doobra... pójdę do niego... nauczę go odpinania staników laską siłą woli.- posłał mi oczko z kąśliwym uśmieszkiem, a Ros szczypnął w brzuch. Mała zapiszczała śmiejąc się.
- Pa wuja!- zawołała machając, kiedy brodacz odchodził od stolika.
- Jak się czujesz?- zapytałam przyjaciółkę.
- Jeśli Tom dużo kopał to teraz mam tam stado biegających wołów. Dwupak to wcale nie taka fajna sprawa...- westchnęła Caro poprawiając swego koka. Spojrzałam na swą córkę, która zrobiła wielkie oczy słysząc słowa rudowłosej. Miała bardzo bujną wyobraźnię jak na tak małe dziecko, jednocześnie była inteligentna.
- Ros... ciocia żartuje. Porównuje tylko tak dzieci w jej brzuszku. Nie ma tam wołów.- zaśmiałam się gładząc rozpuszczone włosy dziewczynki. Przypomniałam sobie o osobie której szukałam. Znowu uniosłam wzrok szukając tej jednej twarzy.
- Blue, a ty nie tańczysz? Jako panna młoda, masz pewne obowiązki.- znalazł się przy moim boku brat, obejmując mnie ramieniem.
- Muszę poszukać Dana... gdzieś zniknął.- szepnęłam mu do ucha. David westchnął bezsilnie. Ich relacja nadal była na niepewnym gruncie choć znali się już niedługo za siedem lat.
- Może daj mu trochę czasu? To dla niego kolejny krok...- stwierdził z błagalnym wzrokiem.
- Zaopiekuj się małą.- poprosiłam po czym kucnęłam przed córką.
- Ros muszę odszukać tatusia... wuja David się tobą zajmie dobrze? Słuchaj się go.- powiedziałam, patrząc w niebieskie oczy dziewczynki.
- Mogem iść do tatusia?- zapytała.
- Przyprowadzę tatusia aby z tobą potańczył dobrze?- poprosiłam wymyślając na poczekaniu owe rozwiązanie. Ros była bardzo usłuchanym dzieckiem, przez co radośnie potrząsnęła głową na ową propozycję. Dałam jej buziaka w policzek, a następnym obdarowałam brata, który zmarszczył brwi zaniepokojony tym wszystkim co zamierzałam zrobić. 
Czułam, że muszę. 
Tego dnia. 
         Ruszyłam do tylnych drzwi sali, które prowadziły do wielkiego ogrodu. Ślub odbywał się w ośrodku czasowym, a ogród był pełny zaułków i zakamarków. Czułam, że właśnie tam znajdę Dana. Serce biło mi mocno idąc kamienną ścieżką, kierowana przez instynkt. W jednej z oddalonych drewnianych altanek o okrągłym kształcie zauważyłam cień. Nieliczne lampki pozwalały mi rozpoznać sylwetkę mężczyzny. Zacisnęłam dłoń na rzemyku,  który miałam zawiązany na nadgarstku. Nadal widniał na nim różowy Koralik Zagryzłam dolną wargę idąc najciszej jak potrafiła. Przekroczyłam próg drewnianej altanki. Dan oparty łokciami o barierkę patrzył przed siebie. Wiedziałam jednak, że wyczuł moją obecność. Mieliśmy to już w krwi. Każdy gest, każda mimika. Ciężko było mi oddychać. Dan powolnym ruchem odwrócił się przodem do mnie. Miarowe światło pojedynczych lampek oświecało jego twarz. Czas był dla niego łaskawy. Prócz kilku zmarszczek koło ust i oczu oraz pierwszych siwych włosów na skroni niemal się nie zmienił. Zmienił fryzurę. Wyglądał znacznie poważniej w garniturze, który miał na sobie. Był już kimś innym. Nie był szalonym piosenkarzem żyjącym chwilą. 
        Właściwie... nie miał już gdzie śpiewać. Trzy lata temu Bastille ogłosiło zakończenie wszelkich tras koncertowych. Każdy z chłopaków poszedł we własną stronę. Woody pracował w londyńskim teatrze w orkiestrze. Kyle otworzył sklep muzyczny. Will choć nie mógł być na weselu, przejął rodzinny interes po swym ojcu. A Dan? Ustabilizował swe życie dopiero rok temu. Otworzył wytwórnię płyt, pomagał młodym talentom z całego świata odnieś to co udało się Bastille.
- To mogłem być ja...- odezwał się po raz pierwszy do mnie tego dnia. Uciekłam wzrokiem pod naciskiem jego niebieskich oczu.
- Dan..- szepnęłam.
         W mym życiu trzy lata temu pojawił się mężczyzna. Właściwie poznałam go znacznie wcześniej. Nie miałam usłanego życia różami. Po narodzinach Ros długo dochodziłam do siebie. W pierwszych tygodniach Dan był, jednak znowu musiał wrócić do koncertów, fanek... Nadal nienawidziłam go za to, co zrobił. Nie miałam zaufania. Zawsze twierdziłam, że widzę go ostatni raz w życiu, że zniknie. Jednocześnie nikt prócz mnie lub niego nie mógł brać na ręce małej. Bałam się. Była wszystkim tym co zostało po miłości do Dana. A raczej było ucieleśnieniem tego co nadal też czułam. Nigdy nie przestałam go kochać i może dlatego to był mój błąd? Byłam jednym wielkim zastrzeżeniem. Dzięki pomocy przyjaciół wyszłam na prostą. Choć nigdy nikomu o tym nie powiedziałam, zawsze czekałam na to aby Smith powiedział mi abym na niego poczekała. 
       Czy byłam wstanie mu wybaczyć zdradę? Tak. Wybaczałam mu za każdym razem, gdy zjawiał się w domu Davida i Petera. Przyjeżdżał naprawdę często. Chciał zajmować się małą, chciał być kiedy pojawiły się jej pierwsze grymasy. Kilka razy chciał mnie. Chciał próbować... jednak nie umiałam dać mu kolejnej szansy. Na temat naszych uczuć milczeliśmy. Ufałam mu w sprawach dotyczących Ros. Kiedy była chora umiał rzucić wszystko by przyjechać do nas. Kiedy pierwszy raz szła do przedszkola, był razem ze mną przy drzwiach od sali gdzie zaczynała poznawać swoich rówieśników. Był przy mnie kiedy był dzień matki, kiedy płakałam z rozczulenia bo zaśpiewała nam pierwszą nauczoną w przedszkolu piosenkę. Mała uwielbiała go, a on kochał ją nad życie. Jednak... nie miałam pewności co do tego co z nami będzie. 
        Wytrzymałam trzy lata w niepewności i oczekiwaniu. Pewnego dnia na swej drodze spotkałam mężczyznę spotkanego na weselu Willa. Alfredo... zmienił się. Był kimś kogo potrzebowałam. Najważniejszą cechą był fakt, że nie znikał na długie dni, że był stabilny w wszystkim co robił, nigdy mnie nie okłamał i nie zdradził. Dawał bezpieczeństwo i pewną przyszłość. Wiedział, że kocham Dana, jednak też zdawał sobie sprawę, że z biegiem czasu i do niego moje uczucie się pojawiło. Nie tak silne, jednak było. Dan choć szczerej niechęci do mężczyzny nigdy nie zareagował. Prawdopodobnie wystarczyłoby jedno słowo abym wszystko dla niego rzuciła. Jednak ono nie padło. Dan ocknął się niedawno zdając sobie sprawę, że mnie traci. Widziałam jak chce odsunąć się w cień. Nie mogłam mu na to pozwolić.
- Gdybym nie był takim debilem.- westchnął rozmasowując palcami oczy. Zrobiłam niepewny krok ku niemu.
- Nie mów o tym... proszę. To wszystko już... nie ma sensu.- poprosiłam.
- Nienawidzę go za to...że będzie mieć prawo cię dotykać... że ma do ciebie większe prawo ode mnie. Jednak jednocześnie wiem, że da wam to co ja nie umiałem. To wasze życie... chcę dla was jak najlepiej.- zauważył również przybliżając się do mnie. Widziałam ból wyrysowany na jego twarzy.
- Ty zawsze będziesz w naszym życiu. Ros cię potrzebuje. Nie pozwolę ci na zniknięcie.- powiedziałam zbyt hardo. Zbyt mocno ujawniłam tak bardzo skrywane drugie dno w tej wypowiedzi. Dan przecząco pokiwał głową, chcąc przeczesać w odruchu włosy, jednak były za krótkie. Spojrzał na mnie przybliżając się jeszcze bardziej. Dzielił nas metr.
- Psuję najważniejszą noc w twoim życiu. Powinnaś być przy mężu.- stwierdził zerkając w stronę sali z której wydobywała się rozmyta muzyka. Ja jednak patrzyłam tylko na niego.
- Pozwól, że ostatniej nocy, w której zamykam coś z przeszłości, będę decydować sama.- poprosiłam ściszonym głosem. Ten przytaknął bezgłośnie.
- Nie tańczyłem dziś jeszcze z tobą... -zauważył robiąc krok w przód. Wystarczył jeden aby znalazł się zbyt blisko mnie. Tyle miesięcy, tyle lat nasze ciała nie mogły się stykać poza serdecznych gestów przyjaciół... kompanów w wychowywaniu dziecka. 
          Uciekłam wzrokiem gdzieś na ziemię. Ułożył swoją jedną dłoń na moich plecach. Poczułam przez cienką koronkę ciepło zakazanych dłoni. Odruchowo, całkowicie niepowołanie, przymknęłam oczy czując rosnącą gulę w gardle. Dan westchnął zaciskając usta. Słyszałam jak jego oddech staje się płytki. Zbadał wzrokiem moją twarz, a następnie ujął wolną dłonią moją dłoń. Musiałam zebrać się w sobie aby przyjąć postawę do tańca. Powoli zaczął kołysać się w takt muzyki, było to raczej stąpanie z nogi na nogę.
- Jesteś piękna.- szepnął mi do ucha, a oddech jakim obdarzył moją skórę wywołał u mnie gęsią skórkę.
- Dan...- jęknęłam spoglądając na niego.
- Pozwól, że ostatniej nocy, w której cię tracę na zawszę będę mógł mówić co chcę.- wykorzystał moje słowa jak to miał w nawyku. Kącik jego ust uniósł się lekko jednak nie dosięgało to jego oczu.
- Nie mogę ci tego zabronić...- zauważyłam badając jego twarz swoim wzrokiem. Dłoń którą trzymał moją rękę, znalazła się po chwili na moim policzki. Z opóźnionym refleksem zauważyłam, że już wcale nie tańczymy.
- Nie rób tego...- zdałam sobie sprawę co chce zrobić. Chciałam nawet się odsunąć, jednak miał więcej siły niż ja.
-Nie robiłem tego bo cierpiałaś, czekałem aż mi wybaczysz, czekałem aż mała nieco podrośnie, czekałem nawet kiedy on zjawił się w twym życiu... Czekałem za długo. Proszę. Nigdy więcej nie będę mógł mieć cię w ramionach... nigdy więcej nie będę mógł poczuć tak jakbym był cząstką ciebie... nigdy więcej nie będę mieć nadziei, że kiedyś nam się ułoży. Nigdy więcej nie zrobię tego w stosunku do ciebie... ale pozwól mi... pozwól mi ten ostatni raz pokazać ci, że kocham ciebie i będę kochał tylko ciebie do osranych, samotnych dni w mym życiu.- poprosił, a jego oczy się zaszkliły. Po mym bladym policzku pociekła samotna łza.
- Blue... nigdy nie przestanę cię kochać.- dodał. Uciekłam wzrokiem z trudem łapiąc oddech. Łzy same cisnęły mi się pod powieki.
- Jest za późno... mam męża...kocham go.- odpowiedziałam choć nie to usta chciały mówić, nie to serce podpowiadało. Zacisnęłam dłoń na jego ramieniu.
- Nie mówię ci abyś od niego uciekła... nie wątpię w to, że coś do niego czujesz jednak nie okłamuj mnie że... - zamilkł jakby ugryzł się w język.
- Pozwól mi usłyszeć to ostatni raz...- poprosił bezradny. Nie umiałam walczyć z tym co we mnie rozbudził. Rozdarł wszystko to co ukrywałam tyle lat.
- Kocham cię Dan.- powiedziałam przyjmując łzy na policzki. Dan spojrzał na mnie. Oboje się w tym momencie raniliśmy. Byliśmy świadomi, że nic to nie da, ba wszystko pogorszy jednak czuliśmy potrzebę tej chwili.
- Ja ciebie też kocham.- szepnął by zaraz połączyć nasze usta w pocałunku. 
        Wspomnienia ożyły. Wydawało mi się, że nigdy nic się nie zmieniło, że on zawsze był i całe zło między nami nie miało miejsca. Na początku nasze usta uczyły się siebie od nowa, jednak po chwili zbyt wiele nam się przypomniało. Głodne dłonie mężczyzny znalazły się na mej sukni. Nie mogłam pozwolić na nic więcej niżeli ten zakazany pocałunek. Odsunęłam się od niego ocierając łzy.
- Blue... tak bardzo cię przepraszam.- szepnął po chwili coś na co również czekałam tyle lat. Czułam, że zaraz się rozpadnę. Dlaczego wszystko to działo się dopiero dziś? Wystarczył by rok wcześniej. Teraz zagryzłam dolną wargę zbierając siły.
- Ros chciałaby zatańczyć z ojcem...- powiedziałam starając się aby mój głos nie drżał. Czułam się jakby wszystko się ochłodziło o parę stopni. Dan patrzył na mnie rozumiejąc. To był koniec. Podszedł do mnie obejmując mnie mocno. Nie wiedział ile kosztuje mnie jego dotyk. Już wiedziałam dlaczego tak doszczętnie omijałam go.
- Zawszę będę na ciebie czekał. Na ciebie i Ros...- szepnął całując mnie w głowę po czym odszedł kierując się w stronę sali.
Zostałam sama. 
          Nie walczyłam już z łzami. Usiadłam na drewnianej ławeczce wybuchając spazmami tego co czułam. To był koniec początku. Kiedy usłyszałam kroki otarłam szybko łzy, jednak osoba zauważyła je wcześniej niżeli ja zaczęłam coś z nimi robić.
- Kochanie...- westchnął Alfredo wchodząc do altanki. Usiadł obok mnie. Wtuliłam się w jego ciało zamykając oczy.
- Rozmawiałaś z nim...- nie pytał. Wiedział. Jego wyrozumiałość w tym temacie była niesamowicie wielka. Kochał mnie mocniej niżeli ja mogłam go pokochać.
- Przepraszam...- wyszeptała, kiedy podawał mi paczkę chusteczek. On ucałował mnie w czoło z zrozumieniem w oczach.
- Nie masz za co przepraszać... to dla ciebie trudne. Jesteś moją żoną... Jednak tej nocy musisz mieć czas na zamknięcie przeszłości na zawsze za sobą.- powiedział gładząc moje ramie.
- Jesteś dla mnie za dobry.- stwierdziłam pociągając nieco nosem.
- Nie można być za dobrym dla kogo kogoś kogo się kocha. - zauważył wstając z ławeczki.- Choć...goście czekają na tort.- wziął mnie za rękę po czym powolnym krokiem ruszyliśmy ku sali. W połowie drogi zatrzymałam się.
- Co jest grane?- zapytał nie rozumiejąc dlaczego odchodzę do miejsca gdzie była czarna, spulchniona ziemia. 
        Przykucnęłam nad nią robiąc mały dołek. Z zawzięciem rozwiązałam rzemyk i ściągnęłam z niego koralik. Chwilę pogładziłam plastikowy materiał w palcach po czym wsadziłam go do dołka. Był wszystkimi wspomnieniami. Był wszystkim co symbolizował moją zmianę. Wypadek, dwa lata w zamknięciu, poznanie Bastille, Dan, ciąża...Był moją przeszłością. Szybkim ruchem zasypałam dołek ziemią.
- Co robisz?- Alfredo przybliżył się kiedy wstawałam otrzepując dłonie.
- Zamykam przeszłość...Zakopuję Koralik....


Koniec...
Nie mam słów aby opisać to co obecnie czuję więc...
proszę  tylko aby każdy kto przeczytał Koralika choć w jakimś stopniu zostawił po sobie ślad.
Wybaczcie... jestem rozklejona.
Już w ciągu najbliższych dni nowe opowiadanie pod tytułem "Świeca".
Mam nadzieję, że wrócicie.
Dziękuję, że byliście.
Kocham was...
Tumburulka.

niedziela, 5 października 2014

Opowiadanie "Koralik" rozdział 40.

                                                               40.



             Dan siedział w samolocie z kubeczkiem wody w ręce. Miał strasznego kaca fizycznego, ale chyba najbardziej męczył go ten moralny. Starał się zebrać w głowie wszystkie myśli jakie powinien przekazać Blue, jednak nie potrafił. Prawdą był fakt, że nie przestał jej kochać. Nie zdradził jej dla faktu większego niżeli, zamazanie na chwilę jednej ważnej wiadomości. Miał zostać ojcem. W tej metalowej, latającej puszce zbyt dobrze zdawał sobie sprawę, że jest najgorszym z możliwych kandydatów na to miejsce. Westchnął spoglądając na Kyle, który siedział w ogóle w innym rzędzie, gdzie obok siebie nikogo nie miał. Specjalnie zarezerwował Smithowi oddzielne miejsce aby „odgrodzić się” od jego kłamstw i dupkowatości. Niebieskooki wstał z swego miejsca i ruszył do brodacza, który obecnie słuchał muzyki z telefonu. Usiadł obok niego z miną zbitego psa. Było to niemal takie pasujące do niego określenie, ponieważ na jego twarzy widniały dwa duże siniaki idealnie odciśniętych pięści przyjaciela w jego skórze. Simmons wyczuł go jednak nawet nie drgnął. Dan przeczesał swoje nieuczesane włosy i spojrzał na przyjaciela wyczekująco. Nie reagował. Smith był niecierpliwy, przez co wyciągnął z ucha mężczyzny słuchawkę.
- Weź te swoje brudne łapy ode mnie...- zażądał brodacz marszcząc brwi, jednak w końcu skupiając wzrok na swym nowym towarzyszu.
- Dlaczego przyleciałeś?- zadał nurtujące go pytanie. Niebieskie oczy naciskały na twarz Kyle'a który ostentacyjnie westchnął i oparł się tak o fotel by być przodem do rozmówcy.
- Bo cię znam ok? Bo wiem jakim dupkiem byłeś i jesteś. Myślisz, że nie widzieliśmy co się zapowiada? Czekałeś tylko aż ruszymy dupy z hotelu. Znam cię lepiej niż ci się zdaje, jednak tylko ty myślisz,  że nikt cię nie rozumie. Kurde chłopie... spierdoliłeś na całej linii. Cud, że z tobą gadam bo dla mnie jesteś śmierdzącym leniem. Mogłeś robić wszystko co ci się chce jednak kurwa... będziesz mieć dziecko. Zrozumiałbym gdybyś stwierdził, że nie kochasz Blue, że nie chcesz z nią być... ale do żadnego chuja nie zrozumiem dlaczego zostawiasz swoje dziecko? Jakby między wami miało być źle to zawsze powinno być ważne dla ciebie dobro maleństwa. - zaczął swój monolog w którym była całkowita prawda.
- Nie wiem dlaczego mydlisz wszystkim oczy... lepiej jakbyś powiedział, że masz dość...- uniósł brwi Kyle nie rozumiejąc, jednak dziecinności swego przyjaciela. Ten pokiwał głową przyswajając słowa. Westchnął opierając się wygodnie o fotel i przymknął oczy.
- Było do przewidzenia, że jakąś przeruchasz... miałem głupią nadzieję,  że tego nie zrobisz. A jednak... coś mnie podkusiło aby wrócić do Ameryki po ciebie.- wyznał patyczak strzelając z palców.
- To USG co pokazałeś... to...- jąkał Dan marszcząc nieco brwi cały czas.
- To twoje dziecko... byłem z Blu na wizycie, bo miała iść sama... wiecznie jest sama ale udaje, że daje rade. - powiedział marszcząc się nieco. Bardzo martwił się o ciężarną. Dan otworzył oczy i zerknął na przyjaciela.
- Możesz mi... pokazać?- zapytał niepewnie uciekając gdzieś wzrokiem w bok. 
Kyle przekręcił w palcach telefon nie mając najmniejszej ochoty tego robić, jednak to było jego dziecko. Ustawił kilkusekundowy filmik i podał komórkę Smithowi. Malutki szaro-biały obraz poruszał się powoli, słychać było zachwyt Kyle, który komentował wszystko zza nagrywanego materiału, na samym końcu telefon przesuwał swój obraz na leżącą Blue, z łzami na policzkach jednak z wielkim uśmiechem na twarzy. Serce Dana bolało mocniej niż rana, którą zadał mu mężczyzna z koncertu. Dopiero teraz po tylu miesiącach zdał sobie sprawę, że stracił najważniejszą osobę w swym życiu, miał nadzieję, że może Blu mu wybaczy. Tyle mu już wybaczyła.


        Blum z wielkim brzuchem przed sobą krzątała się po kuchni pomiędzy mężczyznami. Skończyli właśnie jeść obiad. Kiedy chciała pozbierać naczynia Woody i Will zerwali się na równe nogi.
- Ty lepiej sobie siedź.- stwierdził Chris zatrzymując ją ruchem dłoni. Will zaczął zbierać wszystkie talerze. David i Peter zajmowali się jakąś niespodzianką w jej pokoju.
- Dajcie spokój tylko pozmywam.- zaśmiała się dziewczyna szczęśliwa, że ma w końcu towarzystwo.
- Źle, że ktoś chce ci pomóc?- zapytał Will unosząc brew do góry, jednak uśmiechnął się do niej łagodnie zanosząc wszystko do umywalki. Jakoś dziwiło ją, że ten członek Bastille jest dla niej taki miły, do Chrisa już się przyzwyczaiła, jednak nie do najstarszego z grupy. Blue odwórciła się na krześle przodem do nich.
- Będę musiała was pochwalić przed Danem... albo... może to on wam kazał robić przy mnie dyżury?- zapytała chcąc odgadnąć powód dla którego byli w tym mieszkaniu. Obaj spojrzeli po sobie nieco markotniejąc. Ciężarnej wydało się przez sekundę, że oni wiedzą o czymś o czym ona nie wiedziała i wcale nie było to coś fantastycznego. Jednak myśl za szybko zniknęła z jej głowy.
- Kyle kazał nam tu przyjechać.- wyjaśnił Woody podwijając rękawy by zaraz zabrać się do mycia naczyń.
- Wczoraj wyjechał wieczorem... teraz was wezwał, Caro kazał jechać do rodziców... co on kombinuje? A może to jakaś niespodzianka bo niedługo Ruda ma urodziny?- wymyślała dziewczyna gładząc brzuch. Will skrzywił się nieco ale usiadł koło niej i spojrzał na nią.
- Wiadomo już jaka płeć?- chciał zmienić temat, jednak wielki uśmiech dziewczyny nie zniknął.
- Wiem tylko ja... dopiero Dan będzie następną osobą, która pozna płeć...-stwierdziła. Tak chciała aby było. Był ojcem, i choć nie mógł być wtedy przy niej to chociaż tak mogła mu to ułatwić. Wtedy z ręki Chrisa wyślizgnęła się jakaś szklanka i roztrzaskała o ziemię.
- Posprzątam...- dodał od razu jakby nieco przez zaciśniętą szczękę. Will spojrzał na niego z swego rodzaju bólem. Zacisnął usta i spojrzał znów na brunetkę, która przyglądała się przyjacielowi. Już chciał zacząć nowy temat kiedy ktoś zapukał do drzwi mieszkania. Chris zgarnął szkło szybko po czym spojrzał na drugiego z Bastille. Oni wiedzieli.
- Jejku...co dziś tu taki ruch.- jęknęła dziewczyna wstając powoli z krzesła. Drzwi od jej pokoju się otwarły i wyszli z nich Peter oraz Dawid. Blu podeszła do wielkich drzwi odkluczając ciężki zamek. Kiedy uchyliła je serce stanęło jej w sekundzie.
- Dan.- szepnęła i momentalnie rzuciła się na jego szyję wtulając się w jego ciało. Ten zapach i ciepło. W oczach stanęły jej łzy szczęścia. Tak bardzo za nim tęskniła. Mężczyzna nieco sztywno położył dłonie na jej ciele, dając jej buziaka w czubek głowy. Następnie spojrzał na zebranych. Wiedział po ich minach komu Kyle powiedział prawdę. Brodacz wyminął parę w drzwiach stając koło Davida. Dopiero po chwili dziewczyna odsunęła się od ukochanego i przyjrzała się jego twarzy.
- O matko... co ci się stało? Dan napadli na ciebie?-przestraszyła się widząc opuchniętą twarz. Opuszkami palców dotknęła napiętą skórę,  jednak chłopak mocno się skrzywił. Chwycił jej dłoń i ucałował.
- Muszę coś ci powiedzieć.- szepnął skupiając się na niej. Otarł jej łzę z policzka, a ona pod naciskiem jego dłoni przymknęła oczy delektując się tą małą pieszczotą. Tym bardziej Dan zdawał sobie sprawę jak ciężko będzie mu wszystko wyjawić, zbyt czytelna była jej miłość do niego. Dopiero po chwili dziewczyna zdała sobie sprawę, że jego ton nie zapowiada sielankową historię. Brązowe oczy spoczęły na jego poobijanej twarzy. Zmarszczyła brwi rozpoznając w tym spojrzeniu to coś. Odsunęła się od niego rozglądając się po bokach. Jakby w odruchu dotknęła swego brzucha w którym aktualnie dziecko kopało jakby w rytm serca matki. Spojrzała na mężczyzn za sobą. Cokolwiek by miał jej powiedzieć Smith, wolałaby aby zrobił to w cztery oczy.
- Kyle... zabierz ich do pokoju Caro...- poprosiła ruszając do swego pokoju. Mężczyźni woleli nie kwestionować jej wyborów. Dan ruszył za ciężarną zamykając za sobą drzwi. Ta skupiała się tylko na jego obecności. Widziała jak marszczy brwi, jak jego oczy spoglądają na nią co jakiś czas, jedynie na ułamek sekundy, by zaraz uciec. Przeczesywał niemal maniakalnie swe włosy albo naciągał bransoletę na nadgarstku. Był zdenerwowany, a ją dopadała jedynie jedna myśl.
- Nie chcesz mnie już?- przerwała tą ciężką cisze. Dan dopiero teraz oniemiały spojrzał jej prosto w oczy.
- Nie o to chodzi...- oburzył się na moment po czym zaczął chodzić po pokoju od ściany do ściany. To tylko pogarszało stan kobiety. Oddychała płytko trzymając się za brzuch. W głowie powtarzała sobie, że wszystko będzie dobrze... chciała w to wierzyć.
- Blue... zrobiłem coś złego- zaczął i stanął wreszcie przed nią nabierając oddech. Nie wiedziała dlaczego ale przypomniała jej się ich pierwsza randka. Wtedy też ta uciekał wzrokiem, gdy mówił jej o swej przeszłości.
- I to nie raz... Wszystko przez...przez moją głupotę i zagubienie...nie mówię, że nagle wiem co robić, nadal nie wiem ale.. były dla mnie odskocznią... tworzyły pustkę od tego co miałem ostatnio ciągle w głowie...- mówił niemal dukając każde słowo.
- One?- wyłapała jedynie to słowo, które było zbyt czytelne. Uciekł wzrokiem splatając dłonie przed sobą. Spojrzał na wielki brzuch kobiety. Ostatnio gdy ją widział można było podejrzewać, że jedynie przytyła, teraz widoczny był ciążowy brzuszek. Jej figura stała się bardziej kobieca, pełna. Jak mógł chcieć mieć inną kobietę w łóżku niżeli ją? Jak mógł do tego dopuścić?
- Zdradziłem cię... zdradziłem was... kiedy chłopacy wrócili tutaj ja...przespałem się z dwiema jakimiś...- ważył każde z słów czekając na jej reakcje. 
          Oczy dziewczyny zrobiły się nieco większe, jednak mimika pozostała niezmienna. Walczyła, choć nikt nie mógł tego zauważyć, a zwłaszcza Dan. Nie mogła mu pokazać jak ją zranił. Duma jej na to nie pozwalała. Zacisnęła usta unosząc podbródek jakby nastawiała swoją twarz do drugiego policzka.
- Przepraszam Blue...- westchnął bezradny bo raczej nie wiedział innych słów do wypowiedzenia. Teraz to on ją tracił. W ten sposób co on taktował Blum przez poprzednie miesiące, ona zaczynała traktować go. Serce jej w jednym momencie zamarło, a wszystko uleciało. Z dziwnym spokojem zaczęła gładzić brzuch. Dziecko w nim nie przestało kopać. 
Wzięła jego dłoń i przyłożyła do materiału bluzki. Smith był zdziwiony, a jednocześnie oczarowany tym. Pierwszy raz w życiu mógł to poczuć. Swoje własne dziecko. W kąciku oka można było dostrzec łzę wzruszenia, jednak brunetka to ignorowała. Odsunęła się nagle od niego i otwarła drzwi. Dan jak wodzony za sznurek ruszył za nią. Blue podeszła do drzwi wyjściowych i je otwarła. Brunet stanął kilka kroków przed nimi i spojrzał na nią z zdziwieniem.
- Nie chciałam abyś kiedyś zarzucił mi, że nie poczułeś tego jak nasze dziecko kopie. Że cię od niego odsuwam...Wiesz, że byłeś dla mnie wszystkim.- spojrzała na niego z uwagą.
- Blue... to nie tak jak myślisz...- westchnął chcąc się do niej przybliżyć.
- Dziękuję ci, że teraz nie muszę łudzić się, że to ma sens...- przyznała szczerze.- Nie chcę cię widzieć... przynajmniej do czasu pojawienia się dziecka na świecie. Nie odbiorę ci praw do niego. Jednak o wszystkim będzie cię powiadamiał Kyle. Ja dla ciebie nie istnieje.- odpowiedziała coraz bardziej ściszając głos. Była silna tylko i wyłącznie dla tego małego, bijącego serduszka. Tak naprawdę serce jej się rwało do tego mężczyzny, chciała go przytulić, pocałować, uwierzyć że to wszystko nie tak. Jednak nie umiała. Musiała mieć dla siebie szacunek, zapewnić godziwe życie dziecku.
- Chcę abyś już poszedł.- poprosiła. 
             Dan czuł się jakby stracił grunt pod nogami. Nie tego się spodziewał po niej. Twierdził, że będzie płakać, albo krzyczeć, albo coś jeszcze innego, jednak nie takiego spokoju. Tym bardziej poczuł się jak śmieć wiedząc jak ona sama siebie ceni. Była zbyt cenna aby on mógł ją mieć. Nie był jej wart pomimo miłości jaka ich łączyła. Wyszedł bez słowa. Zaraz gdy Blue zamknęła za nim drzwi zaczęła głęboko oddychać. Mężczyźni wylali się z pokoju Caro niczym jedna wielka fala.
- Co się stało? Blue jesteś blada!- David wyminął wszystkich i podbiegł do siostry, która nie najlepiej zaczęła się czuć.
- Gdzie Dan?- zapytał Peter rozglądając się po mieszkaniu.
- Nie ma go i nie będzie...- szepnęła dziewczyna opierając się o stół w kuchni. David nie rozumiał tego.
- Co on ci zrobił?- zapytał cedząc słowa przez zęby. Blu nie chciała mówić, nie chciała aby ktokolwiek wiedział co on jej zrobił. Chciała udawać jeszcze silniejszą.
- Co on jej zrobił?!- przeniósł pytanie na członków z zespołu. Kyle uciekł wzrokiem czując się nieco temu wszystkiemu winny. Will poszedł uchylić okno. Na linii ciężkiego wzroku został Woody.
- Przespał się z jakimiś...- nie zdążył dokończyć. Furia w oczach blondyna wzrosła niesamowicie.
- Pozwoliłaś mu tak wyjść?!- krzyknął, jednak spojrzał na brzuch dziewczyny za który się obecnie złapała. Nie mógł czekać. Wybiegł z mieszkania jakby chciał złapać Dana.
- Biegnijcie za nim Peter i Kyle...- poprosiła dziewczyna. Partner jej brata wahał się jedynie chwilkę po czym ruszył dp drzwi wyjściowych, za to brodacz nie chciał się nawet ruszyć.
- Kyle proszę cię idź... on sam sobie z nim nie da rady...- wyszeptała brązowooka patrząc na przyjaciela. Ten martwił się o nią jednak nie zostawiał Blue samą. Był Will i Woody. Dlatego również ruszył pędem za tamtą dwójką. Blue chwilę stała przy stole oddychając głęboko po czym spojrzała na Chrisa.
- Wszystko w porządku z dzieckiem?- zapytał podchodząc powoli.
- Tak... chce się położyć.- stwierdziła prostując się na tyle ile pozwalał jej brzuch. Perkusista jako asekuracja poszedł za nią do pokoju. Dopiero po położeniu się w miękkiej pościeli, została przykryta kołdrą. Will również przyszedł tutaj aby otworzyć jej okno.
- Zrobić ci herbaty?- zapytał z troską w głosie.
- Ona nie lubi herbat... widziałem tabliczkę czekolady w kuchni... zrobisz jej?- powiedział Chris zanim dziewczyna mogła odpowiedzieć. William pokiwał głową i ruszył do kuchni. Blue spojrzała na niego z wdzięcznością.
- Wiedzieliście?- spytała niepewnie.
- Dzisiaj się dowiedzieliśmy... - przyznał z szczerością nie bardzo wiedząc gdzie ma usiąść.
- Połóż się obok... zimno mi.- poprosiła. Chociaż czyste powietrze zza okna było jej potrzebne, to jednocześnie czuła jak bardzo ma zimne ma dłonie. Chłopak pokiwał głową z zrozumieniem i położył się obok niej na łóżku. Od razu położyła mu na torsie głowę. Dopiero teraz zauważyła małe, białe łóżeczko, które nagle pojawiło się w jej pokoju.
- Jakie śliczne...- szepnęła. Woody odruchowo zaczął gładzić jej plecy.
- Na pewno dobrze się czujesz? To musiało być dla ciebie...
- Ciii... nie mów o tym. Raz mi starczy usłyszeć, że ktoś kogo będę kochać całe życie... z kim mam dziecko, tak zrobił.- poprosiła.
 Woody to zbyt dobrze rozumiał.
            Will po czasie wrócił z kubkiem gorącej czekolady, którą dziewczyna przegryzała czipsami cebulowymi. Niedługo po tym z nadmiaru myśli usnęła. Spała stosunkowo długo, obudziły ją ściszone głosy w kuchni. Caro i Kyle... reszta musiała jakoś opuścić mieszkanie. Dopiero teraz dobiegły ją wszystkie bóle serca i duszy. Popłynęły pierwsze jak i ostatnie łzy skierowane ku Danowi.



              Początek lipca wydawał się za gorący. Okres festiwali zawsze taki był. Kolejna trasa po Europie. Uwielbiali właśnie tą, ponieważ czuli się niemal wszędzie jak w domu. Przez cały czas Dan nie miał wiadomości od Blue, reszta zespołu nawet nie wspominała o niej w rozmowach. Chronili ją przed nim, widział to. Tego dnia jechali niewielkim busikiem do kolejnego kraju. Ostatnio woleli przemierzać drogę samochodem, niżeli samolotem. Co z Blue? Jakoś starała się żyć. Pozaliczała drugi rok studiów, po namowie brata i Petera zamieszkała z nimi, w niewielkim domku na obrzeżach Londynu. Dziecko rozwijało się bardzo dobrze.
Jadąc na kolejny koncert cały busik był wypełniony muzyką. Wtedy telefon Kyle zaczął głośno grać. Brodacz mlaskał głośno jedząc cukierki, i właśnie rozwijał kolejnego kiedy odebrał telefon.
- Cześć przystojniaczku? Co tam?- zapytał udając seksowny głos, wkładając sobie do ust kolejny cukierek. Woody zaśmiał się rzucając w niego jakieś papierki.
- Co?!- niemal zadławił się słodkością. Zaczął kaszleć. - Wyłączcie tą cholerną muzykę!- krzyknął do Dana który siedział przy kierowcy. Ten zrobił to z niechęcią.
- Jak to rodzi?! Już?! Jeszcze miesiąc miała... Ok!- panikował Kyle. Will i Woody spojrzeli po sobie od razu wiedząc co się kroi. Dan jako ostatni zdał sobie sprawę co oznacza ta cisza. Odwrócił się do chłopaków. Widział przerażonego patyczaka, który słuchał poleceń rozmówcy zatykając usta aby nic nie mówić.
- Blue?- wyszeptał niebieskooki niemal czując jak drętwieją mu nogi z tego szoku. Kyle jedynie pokiwał głową dalej słuchając wszystkiego.
- Co robimy?- zapytał Will wiedząc, że na następny dzień mają koncert.
- Nie wiem...- wyprostował się Smith patrząc na drogę przed sobą. Woody aż się zagotował.
- Jak to nie wiesz?! Na pierwsze lepsze lotnisko!- nakazał kierowcy perkusista.
         W ciągu zaledwie trzech godzin znaleźli się w Londynie. Następne pół zajęło dostanie się do szpitala w którym znajdowała się dziewczyna. Wchodząc na oddział położniczy zauważyli niewielką grupę osób przed wielkimi drzwiami za które nikt nie mógł wejść. Była tam Emi, rodzice dziewczyny, Peter, David, Caro jak i... matka Dana i jego siostra. To na widok tych dwóch kobiet mężczyzna zamarł. Jego rodzina nadal nie wiedziała o ciąży dziewczyny, bynajmniej nie od niego. Starsza kobieta wyszła mu naprzeciw.
- Mamo...- zaczął, jednak ta ruchem dłoni zakazała mu mówić.
- Nie teraz... najważniejsza jest Blue i dziecko. Coś idzie nie tak.- uprzedziła syna. Ten nieco zbladł. Co mogło iść nie tak?
- Miała rodzić za miesiąc... teraz mamy trasę...- jego słowa dosłyszał David, który wreszcie mógł osiągnąć to co chciał. Podszedł do Smitha i przyłożył mu. Nikt się tego nie spodziewał, a tym bardziej sam Smith, który leżał obecnie na ziemi.
- Pieprzone przepraszam, że nie nawet dziecko nie wzięło pod uwagę tego, że tatuś musi drzeć ryja na na koncercie. - wysyczał. Został odsunięty przez chłopaków od Dana, który ocierał swój nos z krwi. Wtedy wyszła na poczekalnię kobieta i rozejrzała się po zebranych.
- Czy jest wśród państwa ojciec dziecka?- zapytała donośnym głosem. Smith poczuł dreszcze na plecach. Wstał z ziemi i wysunął się z tłumu. Kobieta w białym ubraniu zmierzyła go wzrokiem. Po pierwsze rozpoznała w nim Tego Dana...a po drugie zauważyła cieknącą krew z nosa.
- Znakomicie. Matka jest teraz pod narkozą... bardzo źle przeszła poród, straciła wiele krwi przez cesarskie cięcie i... lekarze robią co w ich mocy... Najlepiej aby dziecko było w pierwszych momentach trzymane przez któregoś przez rodzica...wpływa to dobrze na odporność i...- zaczęła tłumaczyć. Dan poczuł falę skurczów żołądka. Co to wszystko miało znaczyć? Co z jego Blue?
- Idźmy...- ponaglił mężczyzna woląc nie słuchać szczegółów... Jeszcze nie teraz. Kobieta kiwnęła głową i zostawili za sobą rozbudzona grupę osób, którzy zaczęli martwić się o dziewczynę. 
          Pielęgniarka zaprowadziła mężczyznę do niewielkiego pokoju z jasnym światłem. Stał tam wygodny fotel. Nakazała mu usiąść i poczekać, zostawiając przy nim chusteczki nasiąknięte wodą aby mógł wytrzeć zakrwawiony nos. Minęło kilka minut w których Dan rozsiadł się na owym miejscu i ściągnął z siebie kurtkę. Został w czarnej bluzce na której miał jakiś dziwny napis. Oddychał głęboko stresując się bardziej niżeli przed pierwszym koncertem, niżeli przed maturą i wszystkim innym co spotkało go w życiu. Wtedy usłyszał kroki kobiety. Przełknął z trudem ślinę. Wpatrywał się w drzwi które po chwili się otwarły. Kobieta z lekkim uśmiechem spojrzała na mężczyzny zauważając jak bardzo ma spocone czoło. Nie jeden taki tatuś zjawiał się na porodówce. Trzymała w swych ramionach małe zawiniątko. Widział tylko kawałek czarnej czuprynki, która wystawała spod kocyka. Stres powodował u niego skurcze żołądka prowadzące do stanów przed wymiotnych jednak ignorował je.
- Niech pan zegnie prawą rękę w łokciu.- nakazała pielęgniarka. Gdy ten to zrobił, pewnym ruchem położyła mu na niej ruszające się zawiniątko. Wtedy Dan ujrzał to co było przednim schowane tyle czasu. To małe coś marszczyło w zabawny sposób nosek, otwierało usteczka i zamykało niebieskie oczka. Małe paluszki jakby należały do kogoś innego wyginały się i prostowały. Dziecko było niespokojne wciąż, bardzo ruchliwe. Momentalnie sparaliżowała go niepewność tego co może zrobić, aby nic nie uszkodzić maleństwu.
- Niech pan się nie przejmuje... dzieci wyczuwają strach. Niech się pan wygodnie oprze. To pana córeczka... nic pan jej złego nie zrobi.- zaśmiała się kobieta. Smith zrobił to co nakazała, oparł się o fotel i bardziej przytulił do siebie dziecko, które powoli zamykało oczka. Dopiero teraz dotarło do niego jej słowa.
- Córeczka?-zdziwił się patrząc na kobietę oniemiały i niemal pijany z tego wszystkiego co się działo. Pojawiała się w nim nowa miłość, do tego malutkiego cosia w jego ramionach.
- Nie wiedział pan jakiej jest płci?-zaśmiała się jeszcze głośniej.
- Córka...- westchnął Dan z zachwytem znowu zerkając na małą dziewczynkę,  która odnalazła swój palec i zaczęła go ssać. Uśmiechnął się, a w jego oczach pojawiła się mała łza. Pielęgniarka widząc,  że młody tata sobie już jakoś radzi chciała wyjść jednak Dan szybko uniósł wzrok.
- Co z Blue?- zapytał przypominając sobie o dziewczynie.
- Lekarze kończą zabieg... będzie dobrze.- powiedziała kobieta i wyszła. Dan został sam z swym dzieckiem. Z córeczką. Chłopak spojrzał na nią, jak właśnie wyczerpana największym wydarzeniem w jej życiu zasypia. Nigdy nie przykuwał uwagi do dzieci, one po prostu gdzieś tam się rodziły i były ale... stwierdził że jego córka to najpiękniejsze dziecko na świecie.
- Już nigdy was nie zawiodę.- obiecał. 
Przed tym wszystko było ważniejsze od Blue czy nawet od ciąży. A teraz? Dan w nosie miał koncerty, festiwale... zdał sobie sprawę że woli oto te małe dziecko które tak ufnie zasypiało w jego ramionach niżeli tłumy, niżeli swoją pasje. Oddałby za nią i za Blue życie. Teraz był tego pewien. Tym razem była to przysięga której nigdy nie mógł złamać.


Przed ostatni rozdział.
Serce boli coraz bardziej.
Gdyby nie choroba i zatrucie chlorem
pewnie dziś wstawiałabym ostatni rozdział.
Wstawię go jutro wieczorem. 
Co sądzicie? 
Jak wrażenia?
Czego spodziewacie się w ostatnim rozdziale?
Mam do was prośbę, z racji że to przed ostatni rozdział
chciałabym WSZYSTKICH CZYTELNIKÓW KORALIKA
poprosić o zostawienie chociaż malutkiego śladu w komentarzach,
starczy mała kropka, czy jedno słowo... chcę wiedzieć, że jesteście.
To ostatnie momenty Koralika...
Pokażcie ile was jest :)
Dziękuję. 
Kocham was.
Tumburulka.