sobota, 6 grudnia 2014

Opowiadanie "Świeca" rozdział 12.



                                                                   12.



             Jego zmęczone oczy otworzyły się, przy okazji westchnął głośno. Z trudem unosił klatkę piersiową. Wszystko przez myśli, które ciążyły mu jak największe kamienie. Nie spał za dużo tej nocy. Przyglądał się świeżym promieniom słońca, które wpadały przez dziurawy dach izby. Powietrze stało się lżejsze, nieco zimne. Spojrzał na blond głowę leżącą na jego nagim torsie. Znów wypuścił z ust dziwny dźwięk. Miał pustkę w głowie, której nie mógł znieść, pustkę stworzoną przez zbyt licznie zebrane myśli. Jego wzrok powoli przemierzał brudne ściany, na których pojawiał się już mech. Poprzednia noc wydała się teraz dla niego ogromnym błędem, tym, którego nie mógł wybaczyć sobie. Nie żałował jej dotyku, jej pocałunków, żałował tego, że nigdy nie będzie do niej należał. Łamał swoje morale. Nigdy nie powinien tego robić dla kobiety. Jednak dotąd było mu prosto, pamiętał liczne trywialne kobiety, do których tak właściwie nic nie czuł po za pożądaniem. 
A Millie? 
           Stała się wyznacznikiem tego, co nie mieściło się w normach. Nietypowa, delikatna, a jednak z drugiej strony stanowcza i twarda. Nie umiał jej określić, ani tego co czuł. Sprawiał mu ból jej głos, widok, ale bez tego czuł się jeszcze gorzej. Walczył. Każdego dnia jego serce przegrywało z rozumem. Zawsze wybierał to, co powinien robić. Może wydawał się masochistą, jednak zawsze tłumaczył to sobie dobrem dziewczyny. Co z nim? Nie istotne. Przecież zanim ją spotkał, trwał w swym zagubieniu, pustce spowodowanej wymazaniem wspomnień. Może i po tym wszystkim los zechce znów zesłać na niego tak cenny dar. 
           Zaczął nawet się zastanawiać czy może nie zostawił tam gdzieś rodziny, żony, dzieci. Co jeśli jego postępowanie, niecne myśli zranią nie tylko tą parę? Co z osobami trzecimi? Nie musiał ich daleko szukać. Millie miała kolejnego kandydata na męża. Wszystko wskazywało, że znacznie lepszego od Roberta, choć ten nie stanowił nikomu konkurencji. Tracił ją. Wiedział, że jej ślub wcale nie jest tak daleko. Przymknął oczy zmęczony tymi myślami. Już przed zapadnięciem w sen walczył z nimi, kiedy w jego objęciach tak ufnie zasnęła. Skrawki tego, co się działo kilka godzin temu nie pozostawały mu dłużne. Teraz pozwalał sobie jedynie na delikatne dotykania jej bladego ciała, przykrytego wielką, brązową płachtą.
            Nie byli nadzy. Ed nigdy nie pozwoliłby na zajście tych spraw tak daleko. Zbyt mocno ją szanował, zbyt mocny uraz miała po wyczynach swego ojca. I tak dotyk ich zgłodniałych rąk i tego, co mężczyzna miał w głowie, wystarczyły im w jakimś stopniu. Zacisnął usta zerkając na nią ponownie, jak jej ciało porusza się, aby złagodzić ból zmęczonych mięśni. W włosach miała widoczne źdźbła siana, na którym zasnęli. Kiedy uniosła głowę i spojrzała na niego, tymi niebieskimi oczami, które były większe niżeli zapamiętał, jego myśli utknęły gdzieś, a głos zniknął. Patrzył na nią, aż usta dziewczyny wygięły się w uśmiechu. Na obnażone ramię naciągnęła materiał wiotkiej halki i znowu przytuliła się do torsu.
- Powinnaś jechać do dworu. Za kilka godzin obudzi się cały dom, zwłaszcza twój ojciec.- Powiedział ochrypniętym głosem. 
Millie spojrzała na niego nadal nieco zaspana.
- A co z tobą?- Zapytała nieświadoma jego decyzji.
- Nie wracam.- Szepnął, a jego twarz zniknęła, nie widziała już Eda, widziała maskę, jaką naciągnął na swą twarz. Dziewczyna usiadła szybko na sianie i zmarszczyła brwi.
- Jak to nie wracasz?!- Niemal pisnęła nieco wystraszona tym, co powiedział.- Nie możesz… rozumiesz? Co z Williamem? On w każdym momencie może przyjść i… Ed…- zaczęła go błagać.
- Millie…- westchnął. 
Był świadomy tego jak zareaguje. Usiadł również naprzeciw niej i zaczął poprawiać sznur przy swych spodniach. Zaczął nawet odszukiwać wzrokiem swej białej koszuli, ale tylko gdzieś przemknęła mu suknia dziewczyny.
- Wytłumacz mi to!- Nalegała. Czuła się teraz jakby ją zdradził, jakby go traciła.
- Nie mogę wrócić zrozum… kim mam tam być? Nikt nie uwierzy, a na pewno twój przyszły mąż, że jestem malarzem, którego wspomagasz. Musisz wrócić i powiedzieć, że mnie nie znalazłaś. Nie mogę oczerniać twego dobrego imienia.- Mówił wszystko bardzo spokojnie, lecz unikając jej silnego spojrzenia, w którym zaczęły pojawiać się łzy.
- To ty mi je wybielasz… oczernił mnie mój ojciec… całą moją duszę. To on mnie zniszczył. Nie mogę… ja nie mogę cię stracić. Nie ciebie…- jej głos zaczął się jąkać. Kiedy chciała się do niego przybliżyć, wstał z siana. Poczuła ból rozrywające jej serce.
- Otworzyłam się przed tobą… na ciebie. A ty… nie chcesz mnie?- Kiedy to mówiła, Ed zacisnął mocniej dłoń.
            Jak mógł pozwolić jej tak myśleć? A jednak mógł… tylko po to, aby mogła prowadzić moralne życie, poprawne i wymagane przez wszystkich dookoła. Taka była przede wszystkim wola jej wuja. Wiedział, jak istotne jest to dla niej, czując do niej to wszystko nie mógł pozwolić, aby cierpiała przez brak akceptacji Karola.
- Postanowiłem. Wracaj do dworu. Twój narzeczony będzie zaniepokojony.- Odpowiedział chłodnym tonem zawiązując swoją koszulę, którą wreszcie znalazł. Wstała w białej halce z siana i szarpnęła go za łokieć, aby się do niej odwrócił.
- To o niego chodzi?! Źle, bo był Robert, źle, bo jest Alexander? To, kim ma być? Wiesz, że muszę… Wiedziałeś od początku.- Nie umiał unikać jej wzroku. 
Przetarł w typowo dla siebie brodę dłonią i westchnął. Tak bardzo chciał powiedzieć, co leży mu na sercu. Tak bardzo chciał wskazać jej kandydata na męża, którego jako jedynego zaakceptowałby przy jej boku.
- Wiem… Ale ty wiedziałaś, że odejdę gdy skończy się mój czas, kiedy będziesz bezpieczna. Teraz jesteś… Wracaj, więc. Tu nasze drogi się rozchodzą. Nie wracaj do tego.- Ciężko łapał oddech mówiąc to, co musiał powiedzieć. Znowu przegrało jego uczucie. Widziała jak w jego oczach gaśnie pewien blask. Odsunęła się od niego ocierając policzki.
- Jak… jak mogłeś. Po tej nocy… nie spodobałam ci się? Ale ja… ty wiesz, że ja… Ed nie zostawiaj mnie… Błagam, zrobię wszystko. Oddalę ślub jak najdalej będę mogła. Proszę…- złożyła niemal dłonie jak do modlitwy. 
Patrzył na nią, a serce łamało mu się na miliony kawałków niczym kryształ. Jednak twarz nie wyrażała żadnych emocji.
- Nie poniżaj się. Jesteś panią, a ja włóczęgą. Ty jesteś Dove… źle, że nasze drogi się przecięły, ale teraz się rozchodzą. Nie straciłaś twarzy nawet, gdy ojciec ci to robił, nawet wtedy byłaś dumna… nie rób, więc z siebie teraz wywłoki. Zrozum, że tak będzie najlepiej.- Musiał używać najgorszych słów, musiała uciec. Wiedział, że czas się im kończy, że gdy Karol i William się obudzą zaczną ich szukać. Jeśli by napotkali ich razem w tej izbie, w tym stanie, straciliby głowy.
- Ale ja… Ed ja cię…- zaczęła jednak zakazał jej ruchem dłoni.
- Kochasz moją akceptacje ciebie, a nie mnie. Błagam miej szacunek do siebie. Jedź i bądź z tym, który nie zna twoich czarnych myśli. – Poradził i podniósł z ziemi jej suknię. Wręczył ją jej nie patrząc na zapłakaną twarz. 
            Wiedział, że zbyt blisko jest złamania. Czuł się jak najgorsza rzecz świata. Wiedział jak bardzo go pragnie, jaki jest dla niej istotny, ale przecież tego bał się najbardziej. Bał się, że jako młoda kobieta zbyt szybko zobaczy w nim obiekt swych uczuć. Była kimś, kto nie powinien nawet zauważać takich jak on.
              Zacisnęła usta wciągając na siebie suknię, lecz sama nie mogła ją zawiązać. Gorset miał swe długie wstążki na plecach. W niedbałym stanie wyszła na chłodny poranek. Koń spokojnie stał przy drzewie tak jak zostawiła go poprzedniej nocy. Wsiadła na niego. Wtedy zauważyła Eda, który stał przy drzwiach wejściowych trzymając dłonie po obu stronach futryny. Trzymał się siłą, aby nie podjeść do niej i porwać w swe ramiona na zawsze. Tak miało być lepiej.
- Ja i tak będę czekać.- Powiedziała na tyle głośno, aby usłyszał.
 Sądziła, że to chwilowe zamroczenie. Ruszyła koniem w stronę dworu. Trudno było jej odnaleźć właściwą drogę. Dlaczego to wszystko tak prosto nie mogło się ułożyć? Dlaczego Ed po tak owocnej nocy zmienił zdanie?  Bała się doszukiwać sensu tego. Wiedziała jedno, będzie na niego czekać.
           Kiedy na koniu wjechała na trawnik za rezydencją, zauważyła mężczyznę z okazałą brodą. Znów z daleka wydawało jej się, że widzi Eda, jednak zdała sobie sprawę, że przecież ten zrezygnował z tej znajomości na jakiś czas. Kaspin przechodził się w dobrze skrojonym fraku. Widząc dziewczynę na koniu zmarszczył brwi. Znalazł się od razu w stajni, kiedy przywiązywała wierzchowca do odpowiedniego boksu.
- Czy mam prawo zadać panience pewne pytanie?- Usłyszała go za swymi plecami. 
Wiedziała jak wygląda, jak bardzo ma poplątane włosy, zaschnięte łzy na policzkach oraz zhańbioną suknię. Wzięła głęboki oddech i spojrzała na niego.
- Sądzę, że nie mi należy zadawać takie pytania, lecz duszy… - odpowiedziała chcąc jakoś ukrócić rozmowę. Ruszyła w stronę wyjścia jednak mężczyzna ruszył za nią.
- Czy była to poranna przejażdżka?- Zapytał w końcu, a Millie zatrzymała się w pół kroku. 
Zapomniała, że przecież Kaspin mógł wszystko opowiedzieć Alexandrowi. Odwróciła się do niego przodem i splotła dłonie przed biodrami.
- Dopiero wróciłam… szukałam swego przyjaciela jednak go nie spotkałam. Zatrzymałam się w opuszczonej izbie, wolałam nie włóczyć się samotnie w nocy po lesie… Czy owy rekonesans wystarczy panu?- Zapytała lekko się skłaniając. Kaspin uśmiechnął się lekko i pogładził brodę dłonią. Usta dziewczyny się rozwarły przypominając sobie owy gest wykonywany przez Eda.
- Może należałoby wyruszyć w poszukiwaniu przyjaciela?- Szczerze przejął się owy lekarz. Millie ocknęła się przecząco kręcąc głową.
- Nie… wybaczy pan, chciałabym doprowadzić się do ogłady. Nie godny jest taki stan kobiety.-  Odpowiedziała, a on jedynie kiwnął głową. 
            Bezgłośnie ruszyła do dworu, który budził się powoli z długiej i leniwej nocy. Szybko znalazła się w swym pokoju, a zaraz niej, jak co rano weszła Amanda z dzbanem ciepłej wody do kąpieli.
- Jak ty wyglądasz! Znowu masz siano w głowie? Znowu będę się męczyć z wyczesaniem tego wszystkiego.- Załamała się nieco służąca przechodząc obok przyszłej królowej, która ściągała z siebie suknię. Dopiero teraz dotarło do niej, że Millie świeżo, co wróciła z wyprawy.
- Byłaś z Edem?- Aż ją zatkało, kiedy wzrok dziewczyny powiedział jej wszystko.
- Głupia! Coraz częściej będziecie bawić się w takie ucieczki, aby mieć preteksty? Zaraz mu wygarnę… powiem, co myślę! Czy on nie ma krzty moralności!- Oburzyła się Amerykanka odstawiając dzban i ruszając do drzwi.
- Nie ma go… nie będzie.- Odezwała się w końcu niebieskooka stając przed lustrem. Widziała swe różowe usta, które nieco były rozwarte. Widziała też przyjaciółkę i jej zagubienie.
- Jak to? Wróci później? Aby nie wzbudzać podejrzeń?- Dopytywała jak zwykle ciekawska.
- Nie wróci… Stwierdził, że jego rola się skończyła. Mam teraz narzeczonego, więc nie widzi sensu, aby tu był…- mówiła wszystko lakonicznie. 
W Amandzie wszystko się zagotowało. Przecież tak dobrze widziała, co on czuje do blondynki, a tu taka zmiana. Przetarła czoło dłonią a następnie westchnęła podchodząc do dziewczyny i objęła ją od tyłu.
- Zmądrzeje… zatęskni i wróci.- Stwierdziła.
Millie jedynie pokiwała głową. Zraz po tym nadszedł czas na kąpiel i doprowadzenie jej do stanu, jaki powinna reprezentować kobieta jej pokrojów. 
            Kiedy Amanda zapinała jej suknię do pokoju wpadł Alexander. Rozejrzał się po pokoju, gdy dostrzegł kobiety znieruchomiał. Odchrząknął zmieszany jednak nie cofnął się ani o krok.
- Przepraszam za wtargnięcie.- Powiedział nieco patrząc w drugą stronę niżeli na moment wiązania wstążek u sukni blondynki. Bądź, co bądź jednak nie powinien być tego światkiem.
- Nie przepraszaj, Amanda już skończyła.- Odpowiedziała gładząc suknie na gorsecie fioletowej sukni. Wtedy spojrzał na nią mężczyzna swymi brązowymi oczami i nieco się uśmiechnął. Ujawniły się wtedy w jego policzkach urocze dołeczki, których wcześniej nie zauważyła. 
Podszedł do niej i pogładził jej policzek dłonią, nie zwracając uwagi na obecność służki. Millie zmarszczyła brwi czując się niekomfortowo.
- Martwiłem się… Miałaś przysłać kogoś z służby, kiedy powrócisz. Gdyby nie mój brat nie wiedziałbym.- Zacisnął usta.
 Było widać, że się przejmował i być może nie spał, na co wskazywały ciemne cienie pod powiekami. Kiedy dziewczyna się od niego odsunęła spojrzał na Amandę.
- Chcemy zostać sami.- Zarządził, czego przyjaciółka nie mogła podważysz. Skłoniła się, po czym wyszła zamykając drzwi za sobą.
- Nie możesz jej tak traktować.- Oburzyła się próbując zmienić temat.
- Millie, co się stało?- Ujął jej nadgarstek w swoją dłoń. Jego wzrok był twardy, wiedziała, że szybko nie odpuści. Zagryzła dolną wargę patrząc na ich dłonie.
- To za szybko…- szepnęła. Nie wiedział, o co jej obecnie chodzi jednak po chwili wydedukował wszystko i się odsunął, puszczając jej rękę.
- Wybacz… działam zbyt impulsywnie pod wpływem emocji.- Wyjaśnił nie chcąc jej tym urazić. 
Taki był. Najzwyczajniej działał tak jak serce mu mówiło, czasem nad interpretując swe odczucia. Zbyt łatwo mylił pojęcia i zbyt łatwo przychodziło mu wymawianie niektórych słów.
- Co z twym przyjacielem? Kaspin wspominał mi, że zaginął. Należy go poszukać, jak najprędzej.- Stwierdził mężczyzna prostując się dumnie.
- Nie… gdyby chciałbym go odnalazła. Musiał mieć swe powody.  Na pewno nie ty Alexandrze możesz go poszukiwać. Nie znasz go.- Wiedziała, że gdyby ktoś odnalazł Eda w starej izbie to wuj domyśliłby się, z kim spędziła noc. Tego chciał jej malarz.
- Poniekąd to dobrze…- wyznał brunet zaplatając ręce za plecami.
- Nie rozumiem.- Próbowała go rozczytać, jednak nie potrafiła. W  jego policzkach znów pojawiły się owe dołeczki a w oczach dostrzegła zabawne ogniki.
- Wspominałem wczoraj… najgorszy jest konkurent, którego się nie zna, który działa cicho, niezauważalnie.- Wzruszył ramionami. Jednak Millie zamiast się uśmiechnąć poczuła napływ wrogości.
- To nie zawody, a ja nie jestem łanią…- obrzuciła go wściekłym spojrzeniem i ruszyła w stronę drzwi. 
            Gdy je otwarła do środka wleciała Amanda, która najwidoczniej podsłuchiwała. Jednak w blondynce było za dużo emocji po tym, co się przytrafiło poprzedniej nocy, poranku, aby teraz właściwie reagować. Nie była obiektywna. Wyszła z pokoju zostawiając w nim zakłopotaną służącą oraz Alexandra. Ruszyła przed siebie stukając obcasami butów zbyt głośno.
            Znalazła się w zachodnim saloniku, za którym niekoniecznie przepadała. Był jednak ucieleśnieniem całego charakteru jej wujka, ciemny, bordowy, z licznymi książkami. Usiadła na wielkiej kanapie, która była rozkosznie wygodna. Zamknęła oczy chować twarz w dłoniach. Nie umiała jednak płakać. Znów czułą blokadę swych uczuć. Wtedy usłyszała kroki, które były bliżej niżeli przypuszczała. Uniosła wzrok i zdławiła krzyk w gardle.
- Byłaś tak zaalarmowana, że nawet mnie nie zauważyłaś.- Zaśmiał się rosły mężczyzna siadając obok niej. Długo nie musiał czekać, aby się w niego wtuliła jak małe dziecko.
- Wujku.- Szepnęła czując zapach ciężkiego cygarowego dymu.
- Możesz ich okłamywać, ale ja wiem…- odezwał się dopiero po dłuższym momencie, kiedy gładził jej rozpuszczone włosy. Millie uniosła wzrok na niego próbując zamaskować to wszystko, co miała wypisane na twarzy.
- Mnie nie okłamiesz.- Uprzedził ją widząc owe starania i uśmiechnął się do niej ciepło.
- Nie rozumiem.- Odpowiedziała marszcząc brwi.
- A zrozumiesz, gdy powiem, że wiem, iż kochasz malarza i wiesz gdzie on jest? – Zapytał, a jej usta lekko się rozchyliły. Momentalnie się wyprostowała odsuwając się od niego.
- Ale..

- Nie próbuj kłamać Millie…- przerwał jej.- Gdyby zniknął naprawdę przewróciłabyś każdą milę kraju, aby go odszukać. Jesteś zbyt spokojna. Znam cię… znałem twoją matkę. Zachowujesz się jak ona.- Pogładził jej policzek szorstką, lecz ciepłą dłonią.
- Nie chciał wrócić.- Nagle wybuchła płaczem, na co mężczyzna nie był przygotowany. 
Poczuł jej ból. Mógł tylko przygarnąć ją do siebie i przytulić.  
- Nie chciał mnie… on… on już nie wróci.- Jąkała się przez spazmy łez. Karol westchnął ciężko zamykając oko, na którym nie miał przepaski. Wtulił się w jej ciało próbując wyrównać swój oddech.
- Zrobił to, co należało zrobić. On i ty to inne światy. Będziesz żoną Alexandra, ani on a ni ty tego nie zmienicie, a na pewno wasze uczucie. Jedyna mylna w życiu człowieka. Nie sugeruj się tym. To wyimaginowane obrazowanie czegoś, czego nie ma. Musisz to zrozumieć.- Mówił do niej spokojnym głosem tak jakby znał tą regułkę na pamięć. Millie wyprostowała się znowu i spojrzała zapłakana na niego.
- Mówiłeś, że ma mama… że miłość ją zmyliła.- Mówiła szukając wyjaśnienia.
- To przez nią musiała wyjechać… musiałaś się tam urodzić. Gdyby nie miłość żyła by tutaj… Zbyt mocno jej zaufała tak jak ty.- Zmarszczył brwi i nerwowo ucinając końce słów.
- Kim on był?- Pytała odważnie, co jedynie zaniepokoiło go. Ujął jej dłoń wzdychając.
- Powinna to mówić ci twa matka…- zaczął nabierając ciężko powietrza.
- Jeśli wiesz to możesz ją zastąpić.- Otarła łzy. Chciała wiedzieć, jaką tajemnicą była przepełniona jej matka. Kogo kochała po za jej ojcem? Teraz przynajmniej wiedziała, że nie powstała z miłości. Może, dlatego William jej tak nienawidził.
- Był to mężczyzna, do którego każdy czuł niechęć i niesmak. Nigdy nie powinien stanąć na jej drodze, ale ona nie słuchała. Była zbyt zapatrzona tak jak ty. Nikogo nie słuchała… swej rodziny, mnie… nikogo. On to w końcu wykorzystał. Kiedy wyszła za Williama, zaszła w ciąże, ale twój ojciec dowiedział się, że był owy mężczyzna. Musiałem was ratować. – Mówił to cedząc każde słowo. – Nie chcę abyś myślała o swej matce źle. Była dobrą kobietą, ale zgubiła ją przeklęta miłość. Ty nie możesz być tak samo słaba jak ona. Nie pozwolę ci na to.- ścisnął jej dłonie jakby chciał zaznaczyć każde z słów. Millie zagryzła dolną wargę.
- Ed zrobił słusznie. Pokazał, że jest mężczyzną, a ty musisz się temu poddać. Twój przyszły mąż też od ciebie oczekuje pewnych rzeczy. Skup się na nim. Nie chciałaś Roberta to masz Alexandra. Więcej nie mogę zrobić. Teraz, chociaż go szanuj. Nie musisz go kochać.- Nakazał i wstał z kanapy. 
Dziewczyna kiwnęła głową. 
          Nie sądziła, że wuj przerwie rozmowę a takim momencie jednak wyszedł z salonu. Została sama. Skuliła się na kanapie zagryzając dolną wargę. Musiała wszystko sobie ułożyć, przemyśleć. Wuj i Ed zgadzali się, to musiało coś znaczyć. Jednak, co.

  


         Mijały długie, letnie dni. Ed nie wracał. Millie poddała się temu, co nakazał jej wuj. Pozwoliła sobie na zbliżenie się do Alexandra, który, pomimo swej bezpośredniości był stosunkowo dobrym kandydatem na męża. W półmroku dworu przemierzał dwór William wraz z Robertem. Dziewczyna bała się ich spotkać. Czuła się jakby ich zło cykało jak wielki zegar i w danym momencie wyskoczy z nich wściekła kukułka, która narobi chaosu. Dlatego trzymała się ich daleko.
         Tylko wieczorami, gdy zamykała się na klucz w swym pokoju pozwalała sobie znów czytać listy swej matki do mężczyzny, z którym pisała. Jakim cudem William pisał takie listy? Spod łóżka wyjmowała też obrazy Eda, które schowała przed wszystkimi. Było ich z dziesięć. Na większości z nich była ona. Wtedy najbardziej bolało ją serce, jednak obiecała sobie. Nie mogła popełniać błędów matki, ona by tego nie chciała. Po za tym malarz jej nie chciał.
        Tego dnia spędzała czas w jednej z licznych drewnianych altanek w ogrodzie. Każdy miał swoją pracę, odrębny świat. Ona chłonęła ciszę, która ostatnio stała się mniej dotkliwa. Wtedy obok niej zjawił się Kaspin.
- Mogę?- Zapytał wskazując na drewnianą ławeczkę, na której siedziała. Millie kiwnęła głową. 
To wystarczyło. Przyszły król Hiszpanii usiadł obok swej przyszłej bratowej i wyciągnął przed siebie długie nogi.
- Cudowna pogoda.- Zagadnął, czym zwrócił jej uwagę na siebie. Blondynka zerknęła na mężczyznę i uśmiechnęła się.
- Tak jak Alexander jest bezpośredni w swych myślach i słowach tak ty panie jesteś tajemniczy i płochy.- Przekonała się do najstarszego z rodu. 
Był dobrym i ułożonym mężczyzną. Wiedział, kiedy ma milczeć a kiedy użyć swych słów silnych i stanowczych. Uśmiechnął się promiennie patrząc przed siebie.
- Myślę, że jesteś stworzona dla niego…- westchnął. – Ulżyło mi na sercu, kiedy byłem pewny, że i mój brat zazna szczęścia w swym życiu.- Przyznał spoglądając urywkowo na nią, sprawdzając czy nadal na niego patrzy.
- Tak niewiele brakowało. Ojciec życzył mi szybkiego ślubu z Robertem…- skrzywiła się na samą myśl. Sam Kaspin zrobił grymas niezadowolenia. Nie ukrywał swej niechęci do króla Williama, co jedynie dodawało pikanterii stosunkom panującym na dworze.
- Wiedział, co cię czeka i chciał zapobiec temu wykorzystując święty węzeł małżeński. Przykro mi to przyznać, ale twój ojciec nie ma skrupułów.- Wyjawił, a jego dłoń zacisnęła się na udzie w mocną pięść. Dziewczyna wszystko to rejestrowała z dokładnością.
- Co mnie czeka?- Powtórzyła marszcząc nos i brwi jednocześnie. Brązowe oczy prześlizgnęły się po jej twarzy, po czym uciekł gdzieś w głąb ogrodu.
- Nie mnie należy cię o tym informować.- Próbował wykręcić się z słów, które już powiedział.
- Jednak ty panie należycie zacząłeś dany temat. Słucham… tak jak przyszły władca przyszłego władcę.- Nakazała hardym głosem poprawiając się na ławce. Kaspin również to zrobił i przyjrzał jej się uważnie, aby ocenić czy mówi poważnie.
- Alexander nie będzie mieć lekko.- Westchnął.
- Pozwólmy mu oceniać, a teraz wyznaj skrywane zakamarki twych słów.- Nie odpuszczała. Musiała poznać słowa, które chciał ukryć. Przeczesał dłonią swe ułożone włosy i oparł łokcie na kolanach zamykając oczy na chwilę.
- Po twych narodzinach mój ojciec z twym ojcem, który był bardzo młodym królem, zawarł przymierze. Aby przypieczętować je oboje zgodzili się, aby najmłodszy z żyjących wówczas synów króla Hiszpanii stał się twym mężem. Kiedy doszła nas informacja o śmierci twej matki najmłodszy z rodu wyruszył do dworu twego wuja gdzie miał cię spotkać i dopełnić wolę ojców. Twój ojciec o tym wiedział jednak… Już wtedy znał rodziców Roberta… Nie mógł pozwolić na wasz ślub.- Mówił to miarowo jednak widziała jak jego mimika się zmienia. 
Gdyby na niego nie patrzyła myślałaby, że jest spokojny jak przy czytaniu książki. Jednak coś się w nim łamało, czego nie chciał okazywać.
- Przecież nie było nikogo prócz mnie na dworze po przyjeździe. Co z twym bratem? Alexander wrócił do Hiszpanii?- Dopytywała.
- To nie Alexander wyruszył. – Szepnął i zagryzł mocno wargę i zamknął oczy. 
Dziewczyna nie rozumiała. Milczeli stosunkowo długo. Chciała jakoś obudzić go z zadumy jednak wtedy nabrał powietrza.
- Powóz mego brata został zaatakowany. Tu w Anglii, całkiem niedaleko dworu… Rozgrabiony, wszyscy zabici… Mój brat…- Millie zamarła to słysząc. A więc nie Alexander miał być jej mężem.
- Tak mi przykro…- powiedziała cicho chcąc dotknąć jego ramienia dłonią jednak się powstrzymała.
- To nie mógł być przypadek… Nie mamy dowodów. Ale ja to czuję. Nagle po tym chciał ślubu twojego z Robertem. – Cedził już słowa.
 Najgorsze w tym wszystkim był fakt, że nie potrafiła bronić swego ojca. Bała się, że był do tego zdolny, chciał wszystkich usuwać z swej drogi. 
          Kiedy spojrzała na trawnik prowadzony do dworu zobaczyła mężczyznę. Niósł znane jej zawiniątko w brązowym materiale. Widziała go z daleka. Nagle zapomniała o opowieści swego przyszłego szwagra i zerwała się na równe nogi. Serce zaćwierkało jej tak samo jak śpiewające w tym momencie ptaki. Ruszyła bez słowa w stronę mężczyzny. 
          Gdy usłyszał, że ktoś się do niego zbliża odwrócił się przodem do niej. Odruchowo się uśmiechnął. Nie mógł jej zatrzymać. Wpadła w jego ramiona, przez co upuścił swe rzeczy. Przytulił ją mocno do siebie, czując tak przyjemne ciepło i zapach, który aż palił go w nozdrza. Ucałował ją w skroń stawiając na ziemi jednak ta nie chciała go puścić.
- Wiedziałam, że wrócisz.- zapominiała o tym, co sobie powtarzała tyle dni.  Pogładził jej policzek.
- Jestem za słaby.- Odpowiedział niezadowolony z swego zachowania. Wtedy niedaleko nich zatrzymał się Kaspin. Stał jakby zobaczył ducha. Millie odsunęła się od malarza, w obawie, że przyszły szwagier oskarży ich o niecne czyny.
- Wrócił Kaspinie… to mój przyjaciel, Ed.- powiadomiła, a ten niemal struchlał słysząc jej słowa. Patrzył jedynie na mężczyznę.
           Ed czuł się niekomfortowo jednak widząc towarzysza jakoś zbyt szczególnie mu kogoś przypominał. W oczach przyszłego króla Hiszpanii pokazały się łzy. Wtedy z dworu wyszedł Alexander, który zatrzymał się widząc malarza, który w odruchu chwycił swoją Millie za rękę.
- Alexander…- szepnął starszy brat. Ten ruszył do niego stając ramię w ramię patrząc na parę.
- O co chodzi?- Spytała dziewczyna nie rozumiejąc, czemu Hiszpanie tak dziwnie patrzą na Eda.
- Edward…- jęknął Alexander podchodząc do malarza i chwycił go w ramiona przytulając do siebie. Blondynka otwarła usta, gdy i drugi brat podleciał do tego, który był jej zakazany.
- Ty żyjesz… Edward…- Kaspin znacznie mniej się trzymał emocjonalnie. Po jego policzkach poleciały łzy. Jedynie Ed nie wiedział, co się dzieje. Patrzył na przyszłą królową Anglii jakby szukał ratunku.
- Kim wy jesteście? Czego wy ode mnie chcecie?- wydobył z siebie z trudem. 



Nowy rozdział :) 
Kiepsko już widzę ale wciągnęło mnie pisanie.
Mam nadzieje że częściowe odkrycie tajemnicy was zaciekawi.
Co sądzicie?
Zapraszam do komentowania.
Pozdrawiam, miłego weekendu
Tumburulka.

wtorek, 2 grudnia 2014

17.000 views



Nieco powrót do przeszłości z tematyką Bastille :)
Jednak od nich się zaczęło :)
Tumburulka nadal żyje i nadal śmiga!
To dzięki Wam!
Dziękuję...
Postaram się Was nie zawieść!
Te cztery miesiące nauczyły mnie więcej niż całe życie...
To najcenniejszy czas...
Dziękuję że mogę go dzielić z Wami.

Opowiadanie "Świeca" rozdział 11.

                                                                       11.



           Millie stała chwilę w pustym holu. Po głowie krążyły jej różne myśli. Kim byli owi mężczyźni? Czy powinna może odszukać Eda i porozmawiać z nim o tym? O słowach, które wymierzył jej ojciec niczym siarczyste policzki? Jednak z drugiej strony znów miała przeczucie, że jej losy, jej przyszłość jest znowu zachwiana. Tylko czy nie czekało jej przejście w jeszcze coś gorszego? Czy jest coś gorszego niż ojciec, który ma na celu zrobić z niej prywatną sekutnicę? Zacisnęła usta ruszając szybkim krokiem w stronę salonu.

            Znała dom już wystarczająco dobrze, aby wiedzieć, iż salon składał się z dwóch odgrodzonych części. Jednak ta z jadalną a druga z typowym miejscem do czytania. Millie weszła do pomieszczenia jadalnego, gdzie nie było nikogo, przez drzwi dla służby. Słyszała męskie głosy za cienką ścianą. Drzwi łączące były uchylone. Karol i goście właśnie oczekiwali zjawienia się Williama oraz Roberta. To oni mieli podejmować decyzje. Blondynka ścisnęła mocniej dłoń wściekłą z tego wszystkiego. Traktowali ją jak niepełną rozumu. Zdawała sobie sprawę, że jest to normą tej epoki, że takie jest prawo spostrzegane przez mężczyzn jednak ona coraz bardziej się temu buntowała.
- Chodżmy pierw coś zjeść…- powiedział Karol, kiedy do ich pokoju wpadł król a za nim szedł skulony Robert. Przyszły mąż Millie wyglądał na osobę, której nawet trudno zaufać, wrodzony tchórz. Był po za wszystkim, w swoim wyimaginowanym świecie.
          Blondynka dopiero teraz zdała sobie sprawę, że cała piątka zbliża się nieubłagalnie do miejsca gdzie była. Musiała szybko się ewakuować. Wtedy za drzwiami od holu usłyszała glos Sergiusza. Nie miała ucieczki. Zerknęła za siebie. Jedna ściana była zakryta ciężką, bordową kotarą, która zasłaniała jakiś obraz. Jedyna ucieczka. Dziewczyna niewiele myśląc schowała się za materiał, który zasłaniał ją w całości.      Przestrzeń między kotarą a ścianą była wystarczająca nawet dla dwóch osób. Stanęła tak, aby sklepienie dwóch części zasłony lekko uchylały jej rąbka tego, co działo się w pokoju. Zaraz po tym w części gdzie była jadalnia weszli mężczyźni oraz służba.
          Panowała gromka cisza. Sama Millie obawiała się, że jej oddech jest zbyt ciężki i głośny. Każdemu z mężczyzn podano kielich z winem a następnie jadło. Tak naprawdę żaden z nich nawet nie przejawiał zainteresowanie jedzeniem. Każdy patrzył na każdego, no po za Robertowym wyjątkiem. Ten złapał za upieczonego kurczaka i zaczął objadać kości.
- Nie rozumiem skąd nagle pojawienie się panów…- westchnął zrezygnowany Will jak zwykle odgrywając swoją rolę tak bardzo idealnie.
- To raczej nasz ojciec nie rozumie postępowania króla.- Odpowiedział starszy z braci splatając dłonie przed sobą na stole.
- Co w tym trudnego do pojmowania? Ma córka wychodzi za wybranego przeze mnie mężczyznę.- Prychnął ojciec dziewczyny upijając łyk wina. Był tak przyzwyczajony do smaku alkoholu, że nawet się nie skrzywił.
- Może fakt, iż nasz ojciec już dawno ustosunkował się, co do króla córki i jednego z rodu Gardea. Były nawet poniesione kroki ku temu wszystkiemu…- zaczął Alexander przeczesując wąsy w dziwny sposób. Siedział idealnie przodem do zasłoniętego obrazu, przez co Millie mogła go obserwować.
- Insynuujesz coś?- Wysyczał William unosząc się na łokciach. Karol zmarszczył brwi widząc to wszystko.
- Chyba mnie o czymś nie poinformowałeś bracie…- odchrząknął prostując się dumnie. Starszy z rodu Dove miał w sobie tą wrodzoną dumę.  Blondynka uwielbiała się mu przyglądać. Tak powinien wyglądać król.
- Nie miałem ci nic do przekazania.- Stwierdził mężczyzna zakładając nogę na nogę. Blondynka przesz lufcik w materiale widziała tylko tył głowy swego ojca. Może i lepiej, nie umiała spoglądać prosto w te czarne oczy.
- Nie sądzę…- odpowiedział Kaspin i zerknął na swego brata.
- Nasz ojciec, to znaczy król Hiszpanii wysłał kilka miesięcy temu do króla odpowiednie pismo. Sytuacja na Nowej Ziemi uległa pogorszeniu. Ludność buntuje się chcąc wypędzić kolonizatorów… chcą utworzyć niepodległe państwo. –Mówił ten starszy. Wtedy wzrok Alexandra zaczął błądzić po ścianach pomieszczenia.
- Potrzebny jest sojusz Anglii i Hiszpanii… bo za kilka lat nie wiadomo, co nas zastanie.- Głos Kaspina był bardzo odważny i poważny. Millie nie miała wątpliwości, że to właśnie on stanie na tronie po swym ojcu. Przynajmniej takie odczuwała wrażenie.
- Nie widzę sensu insynuowania rzeczy, które są tylko wymysłami.- Machnął ręką William lekceważąc wszystko, co mijało się z jego wizją. Był zbyt dużym arogantem jak na władcę. Karol jednak był trzeźwym umysłem i z wielkim zaangażowaniem słuchał mężczyzn. Pogładził swoją brodę i westchnął ciężko.
- Czy macie dowód na swe słowa?- Zapytał po chwili.
           Alexander wstał z swego miejsca i podał wujowi dziewczyny zapieczętowane pismo. Na moment zapadła cisza. Młodszy z braci stanął oparty o krzesło. Niechętnie czuł potrzebę siedzenia kolejną godzinę. Jak zwykle jego ciekawskie oczy chciały chłonąć miejsce. Nic się niemal nie zmieniło od czasów, gdy był na tym dworze, jako dziecko, z całą swoją królewską rodziną. Powoli wzrok przemierzał każdy metr ściany aż natrafił na coś.
Millie.
        Zauważyła jak jego oczy połyskują. Cofnęła się przestraszona. W kąciku jego ust zauważyła coś na kształt uśmiechu jednak mogło jej się zdawać, bo od razu wszystko zniknęło. Odchrząknął, po czym powolnym krokiem, niczym znudzony przeszedł całą jadalnie aż do wielkiej kotary. Blondynka miała już serce na dłoni. Była niemal pewna, że zaraz zostanie zdemaskowana a ojciec na odosobnieniu złamie kolejny raz Boskie prawo. Alexander jednak odwrócił się plecami stojąc także zasłaniał jej cały widok. Jednocześnie nikt nie mógł dostrzec dziewczyny.
Oddech zrobił jej się nierówny. Zdziwiła się. Nie wyjawił jej? Stała, wpatrując się w jego brązowy frak. Jego rosłe ramiona były na wysokości nieco wyższej niżeli jej głowa. Po chwili uśmiechnęła się.
- Wychodzi na to, że Alfredo jak zwykle chce ratować nam skórę.- Odezwał się w końcu Karol odkładając owe papiery od króla Hiszpanii.
- Co za niedożerane dyrdymały! – Oburzył się William, co zwróciło dopiero teraz uwagę Roberta. Kaspin westchnął ciężko. Nie tolerował takich osób. Jako lekarz należał do osób o dość ścisłym umysłem, dążącym do porozumień. Pogładził złotą obrączkę na swym palcu. Miał żonę i dzieci, jako przyszła głowa państwa musiał odsuwać od siebie przerośnięte emocje a zająć się losem kraju.
- Dyrdymałę jest fakt, iż chce król dopuścić do ślubu córki z nic niewnoszącym szlachcicem.- Stwierdził najstarszy z braci, po czym spojrzał na Karola.- Zupełnie nie rozumiem, dlaczego nie ma tutaj przyszłej królowej. Sądzę, że i ją należałoby wprowadzić do tej rozmowy.
Tak, owi Hiszpanie mieli zupełnie inne spojrzenie na kobiety. Nie odsuwali je tak bardzo jak Anglicy.
- Po co?! Ona nawet nic nie zrozumie! Równie dobrze możemy postawić tu świnię!- William nie panował nad swoim gniewem. Był świadom, że jeśli Millie nie zostanie żoną Roberta to nie będzie mieć nad nią już żadnych władz.
Zapadła cisza.
Karol zrobił się cały czerwony słysząc słowa pod adresem swojej ukochanej bratanicy. Wstał od stołu zaciskając mocniej pięść.
- Nie waż się tak mówić o Millie!- Warknął.
- Jest tylko kobietą! Może jeszcze ją zapytamy o zdanie?- Zakpił król również stając z swego miejsca.
            Dziewczyna za kotarą odsunęła się do tyłu czując jak jej policzki robią się czerwone. Bała się, co tam mogło się wydarzyć? Może powinna wyjść z ukrycia. Alexander zerknął przez swe ramię zaledwie na sekundę rejestrując stan dziewczyny. Jednak nie mógł nic zrobić. Wyprostował się zaplatając ręce za plecami.
- Pozwolę sobie przypomnieć, że jest aż kobietą… w dodatku przyszłą głową Anglii. Jeśli król ma takie a nie inne spojrzenie na jej płeć to jestem niezmiernie zawiedziony.- Kaspin z przekąsem spojrzał na młodszego Dove.  To Hiszpan był tym starszym, poważniejszym. Williama traktował z przymrużeniem oka tak jak wielu rozpieszczonych szlachciców. Taki król to dla Anglii pewna śmierć.
- Nie po to się spotkaliśmy… należy znaleźć porozumienie.- Odezwał się w końcu Alexander. Jego głos miał miły akcent, dość specyficznie mówił po angielsku. Dopiero teraz dziewczyna zdała sobie sprawę, dlaczego w wielu romansach tak owocnie opisywano Hiszpanów, jako kochanków licznych dam dworów. Głos i owy akcent robiły swoje.
Karol usiadł na swym fotelu i złapał kilka głębszych oddechów, które miały mu pomóc w odnalezieniu spokoju.
- Kaspin ma racje…Nie możemy przejść obojętnie przy fakcie tego, co dzieje się na Nowej Ziemi, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że to Millie będzie najbardziej utożsamiana z odkrytym lądem. To ona się tam wychowała. Ślub z krajem współkolonizacyjnym byłby nawet korzystnie wskazany… Kładąc Roberta a któregoś z panów jestem wskazany przymusić cię bracie do zmiany decyzji. – Głos wuja dochodził do dziewczynę jak przez mgłę. Nie rozumiała tego wszystkiego. Miała brać ślub z Robertem, a wystarczył, że zjawili się jacyś mężczyźni, aby to wszystko rozpadało się na małe kawałeczki? Jej więzienie miało zniknąć?
- Nie zgadzam się!- Krzyknął wstając z krzesła, obalając je jednocześnie. Collght przyglądał się temu wszystkiemu w ciszy. Otarł swe usta białą ściereczką. Widząc jak król w złości wychodzi z pomieszczenia, ruszył za nim biegiem. Drzwi skrzypnęły i huknęły za nimi. Dziewczyna usłyszała głośne westchniecie Karola, po czym odsuwanie ciężkiego fotela.
- Przepraszam panów…Los pokarał go trudnym charakterem.- Próbował jakoś załagodzić niesmak całej tej sytuacji.
- Nie ma hrabia, za co przepraszać.- Uśmiechnął się do niego Kaspin również wstając od stołu.
- Który z was ma poślubić moją bratanicę? Bo jak widzę Kaspinie ciebie to wyróżnienie niewątpliwie ominie.- Zauważył jego obrączkę na palcu. Mężczyzna zaśmiał się przeczesując brodę w ten sam sposób, co jego brat.
- Owszem Karolu… najmłodszy z rodu, czyli jak widzisz Alexander…- wskazał dłonią na brata. Ten ukłonił się lekko. Karol podszedł do niego i uścisnął mu dłoń.
- Dołożę starań, aby Millie stała się twą żoną, jednak jestem wstanie dołożyć wszelkich starań abyś zginął za jej jedną łzę.- Jego głos wskazywał ze to nie jest na pewno żart. Dziewczyna poczuła dreszcz, jaki przeszedł jej po plecach. Teraz dopiero zrozumiała, dlaczego kobiety są odgradzane od tego wszystkiego.
- Nie lękam się konsekwencji, które mogą mnie spotkać. Pragnę podołać jej losowi.- Schylił się lekko. Karol zmierzył go swoim ostrym spojrzeniem a następnie otarł swoją twarz dłonią.
- Nie jestem przychylny waszemu pojawieniu się jednak, jeśli ktoś lub coś może ustrzec moją Millie przed ślubem z tą szują Robertem, podpisze nawet pakt z diabłem, aby tego uniknąć.- Po tych słowach ruszył ku drzwi.
- Kaspinie pozwolisz jeszcze do mnie do gabinetu.- Poprosił go stając w drzwiach. Brat spojrzał na młodszego marszcząc brwi. Zawsze czuł się jego drugim ojcem, opiekował się i trzymał piecze. Tak samo było z ich najmłodszym z braci, który zginął tak nagle i niedawno. Nie darował sobie, że wtedy nie pojechał z nim w podróż.
- Idź… ja chwilę jeszcze tu zostanę. – Odpowiedział Alexander uśmiechając się do niego. Gardea kiwnął głową, po czym wyszedł wraz z Dove z pokoju. Gdy zamknęły się drzwi mężczyzna odwrócił się przodem do Millie i wyciągnął do niej rękę, aby pomóc jej wyjść spod zasłony.
- Niecodziennie widuje się kobiety spędzające czas w takich miejscach.- Uśmiechnął się do niej.
- Nie wydał mnie pan… dlaczego?- Zapytała marszcząc brwi, kiedy stała już przed nim na środku jadalni.
- A dlaczego tak? Gdyby panienka chciała sama by zadecydowała, aby wyjść. Po za tym bardziej mężczyźni otwierają się w swym kręgu niżeli w obecności niewiast.- Zauważył wzruszając ramionami.
- Dziękuję.- Ukłoniła się lekko ku niemu.
- Co o tym wszystkim myślisz?- Zapytał przechylając głowę na jedna stronę.
          Jego brązowe oczy jakby sunęły po jej różowych policzkach i niebieskich oczach. Obserwował ją i jakby oceniał w dziwny dla niej sposób. Musiała uciec mu spojrzeniem, co spowodowało u niego delikatny śmiech.
- Nigdy nie pytano mnie o zdanie.- Odpowiedziała szczerze marszcząc brwi nieco zagubiona.
- Porzuć stereotypy godne Anglii… Masz być królową, wypadałoby, aby twoje zdanie stało się czytelne i nagminne.- Pozwolił sobie usiąść na kanapę przy ścianie.
Do pokoju weszła służba zajmująca się porządkami i zniesieniem jadła z stołu. Pierw się zmieszali jednak Aleksander przychylnym kiwnięciem pozwolił im na wykonywanie swej pracy. Millie zerknęła na nich, po czym podeszła do kanapy. Usiadła na skrajnym rogu i splotła swe dłonie na kolanach, ukrytych pod suknią.
- To wszystko jest zbyt po za moim zasięgiem. Wiele rzeczy nie rozumiem… Wszyscy doskonale odsuwają mnie od tych ważnych informacji…- poczuła jak zalewa ją rumieniec. Nie lubiła, gdy obca osoba widziała ze ona czegoś nie wie.
- Świat mężczyzn?- Zapytał a ona jedynie kiwnęła głową.
- Chcesz wyjść za Roberta? Kochasz go?- Był bardzo odważny. Gdy spojrzała na jego twarz nawet nie zauważyła zmieszania. Trudno pojąć, że w tamtych czasach taka rozmowa z mężczyzną była równa herezji. Zacisnęła mocniej różowe wargi i złapała ciężej powietrze.
- Nie… nie chce go, nie chce być jego żoną. Nie to ze jego absurdalne podejście do losów i życia jest paraliżująco nieakceptowany, po prostu… związek małżeński w tym przypadku jest większym zniewoleniem niżeli klasztor.- Mówiła to wszystko ważąc swe słowa, nie chciała, aby ktokolwiek dowiedział się o tym, co szykował na nią jej ojciec.
- Jestem lepszym rozwiązaniem?- Jego głos przełamywał wszelkie tabu.
- Nie wiem.- Była szczera.- Nie znam pana, nie wiem, kim pan jest. Zuchwałym pragnieniem byłby fakt posiadania w panu męża godnego każdej kobiety. Czasem marzenia przeradzają się w nocne koszmary. Wole nie marzyć.- Odpowiadała gładząc materiał swej sukni.
- Postaram się być raczej fantazyjnym snem niżeli sennym koszmarem.- Kiedy na niego spojrzała, na jego ustach widniał uśmiech, tak ciepły i szczery ze nie umiała tego nie odwzajemnić. Położył swoją dłoń na jej dłoni i pogładził ją w dość odważnym czynie jak na tak krótką znajomość. Millie zmieszała się i od razu wstała.
- Jeśli mój ojciec pójdzie po rozum do głowy to… należy się zapytać, kiedy nastąpią zaślubiny?- Pytała omijając całkowicie jego spojrzenie. Alexander również wstał zapinając swój frak.
- Nie prędko. Chcę poznać Anglię, jak i samą przyszłą królową Anglii. Jesteś młoda pani.. Wiem, że jedynie możesz się wystraszyć tego, co związek małżeński może ci dać. Chcę abyś była świadoma. Jeśli nie połączy nas miłość to, chociaż wzajemny szacunek.- Jego słowa brzmiały mądrze i logicznie. Dlatego blondynka nie mogła nic więcej dodać. Ukłoniła się jedynie i wyszła z pomieszczenia gdzie służące już wycierały stół mokrymi materiałami.
          Kompletnie nie wiedziała jak się do tego wszystkiego ustosunkować. Cieszyć się?  Właściwie miała powody. Jeśli Karol osiągnąłby to, co chciał, mogłaby się uwolnić od Williama. Była jednak obawa. Kim są bracia? Czy aby na pewno było to lepsze rozwiązanie? Bała się… czuła, że jest drugie dno tego wszystkiego. Że wszystko związane z ślubem jest niczym woda pełna mułu, która ma podwójne dno. Postanowiła, że tylko jedna osoba może jej pomóc to wszystko zrozumieć. Ed.
Zaczęła go szukać. Nigdzie nie mogła znaleźć malarza. W końcu dotarła do Amandy.
- Widziałaś go?- Zapytała z nadzieją przyszła królowa.
- Słyszałam, że masz drugiego męża!- Zapiszczała dziewczyna porzucając swoją pracę.
- Amanda proszę cię…- wywróciła oczami ta niższa.
- To ty nie wiesz? Wyprowadził się… wczoraj wieczorem. Wyniósł swe rzeczy… wziął kilka sztalug, farb. Nawet nie wziął konia. Myślałam, że wiesz.- Mówiła to wszystko bardzo szybko. Millie zrobiło się słabo.
- To jednak nie wiesz…- zauważyła służąca krzywiąc się nieco.- Nie martw się, na pewno wróci… artyści tak mają. Pewnie chciał coś namalować!- Wymyślała na poczekaniu jakieś powody, które by usprawiedliwiły ową sytuację. Dziewczyna jednak wiedziała swoje.
-Muszę go odszukać.- Odpowiedziała hardo ruszając do swego pokoju. To tam znalazła brązowy płaszcz.
          Chociaż było lato, nie wiedziała, kiedy będzie wracać, może przy wieczorze zmienić się pogoda. Nie chciała, aby ktoś ją zauważył. Amanda miała zakaz mówienia. Nikt nie musiał o tym wiedzieć. Wiedziała, że jeśli nie znajdzie go w jednym miejscu to może na zawsze pożegnać się z swoim malarzem. Poszła do stajni jednak tam napotkała problem. Alexander w rozpiętej koszuli oglądał czarnego konia gładząc jego grzbiet. Musiał to być koń od powozu Hiszpanów. Jednak nie mogła się wycofać. Zagryzła dolną wargę i podeszłą do swego wierzchowca.
- Millie?- Zdziwił się mężczyzna odwracając się do niej przodem, przez co zauważyła jego obnażony tors. Umięśniony, wyrzeźbiony, lekko spocony, godny dojrzałego mężczyzny. Od razu uciekła wzrokiem jednak Alexander nie poczuł się ani trochę skrępowany. Podszedł do niej i stanął w odległości metra.
- Tak panie?- Zapytała odwracając się przodem do niego jednak nadal wzrokiem uciekając jak najdalej od jego ciała.
- Dokąd panienka chce się udać?- Założył ręce na tors i zauważył zawinięty płaszcz.
- Mam mniemać, że mogę ufać mej przyszłej małżonce… tak?- Uniósł brew do góry. Millie westchnęła i spojrzała mu prosto w oczy.
- Mój przyjaciel, udał się na przechadzkę. Chcę do niego jedynie dołączyć. Ufaj lub nie panie, ocenisz me zachowanie jak chcesz. Ja zamierzam być jedynie wierna przyjaźni.- Mówiła to odważnie czasami ulegając swojej pokusie, jaką był tors mężczyzny.
- Popełniłem już jeden błąd scalony z tobą pani. Nie powinienem pytać czy kochasz Roberta, lecz czy kochasz innego mężczyznę.- Zauważył nagle coś w swych słowach. Spoważniał a na jego twarzy nie było uśmiechu.
Niebieskie oczy nagle wyrażały coś nieokreślonego, a w serce jakby ktoś wbił jej igłę. Teraz zapomniała o jego torsie, o oczach brązowych i ciepłych. Ed… Zacisnęła usta sięgając po ciężkie siodło.
- Najgorszy jest konkurent, którego się nie zna.- Westchnął mężczyzna podchodząc do niej i odbierając jej siodło. Pierw myślała, że je odłoży na miejsce, jednak ten założył je na konia zapinając wszystkie uprzęże zgodnie z zastosowaniem. Zauważył jej zdziwienie na twarzy.
Podszedł do niej i uśmiechnął się gładząc ją po policzku. Coraz bardziej nie wierzyła ze ktoś może być tak odważny, lecz nienatarczywy w swych gestach. Dotąd spotykała na swej drodze Williama, który wszystko osiągał siłą, lub też Eda, który wręcz bał się kontaktu broniąc się moralnością.
- Nie zdobędzie się serca kobiety zamykając ją w wieży. Jedź, lecz ostrożnie. Zadbaj o siebie. Wierzę, że wiesz, co robisz. Gdy wrócisz proszę przyślij do mnie kogoś z służby. Będę spokojniejszy. A teraz jedź… im szybciej wyjedziesz tym szybciej wrócisz.- Opuścił swoją dłoń. Był miły w tym, co robił. Pomógł jej siąść na konia, po czym odszedł pozwalając jej jechać tam gdzie chciała.
Zdumiało ją to wszystko tak bardzo, że nie umiała powiedzieć nawet słowa.
 Musiała przywyknąć do jego nietypowego zachowania. Nie chciała teraz myśleć o Alexandrze. Musiała odnaleźć Eda i powiedzieć mu o tym wszystkim. Pędziła na koniu przez niezbyt znany sobie las. Jak przez mgłę pamiętała jak dojechać do niewielkiej izby w lesie, gdzie ostatnio się schowała przed ojcem.
          Skurcz żołądka odpuścił dopiero, gdy zauważyła dym znoszący się z dziury w dachu. Zeskoczyła z konia i przywiązała go do drzewa. Ruszyła do drzwi i wtedy go ujrzała. Odwrócił się nagle, jakby przestraszony. Gdy rozpoznał jej twarz było widać ogromne zdziwienie. Millie jedynie rzuciła się na niego wtulając w ciepłe ciało.
- Nigdy mi tego nie rób! Bałam się, że odszedłeś!- Obrzucała go swoimi oskarżeniami jednak nadal była przy nim. Jej blade dłonie zaplotły się na jego plecach. Czuła pod policzkiem jego serce. Był. Pierwszy raz tak odważnie pozwoliła sobie na kontakt z jego ciałem.
- Przepraszam… ja… ja nie mogłem już tam być… ja byłem bezsilny patrząc na to jak on zaciskał na tobie łapska… jak cię zniewala.-Mówił to ciężko. Nie łatwo było mu się przyznać do czegoś takiego. Do przegranej.
- Nie będę żoną Roberta.- Uniosła głos o kilka oktaw odsuwając się od niego.
- Nie możesz znowu uciekać…- westchnął myśląc, że to kolejny z jej pomysłów.
- Ed… nie ucieknę. Na dwór przyjechali dziś spadkobiercy monarchii z Hiszpanii. Jeden z nich przez sytuację polityczną na Nowej Ziemi, jako pakt ma mnie poślubić. – Nie przypuszczała, że kiedyś będzie tak się cieszyć z aktu, iż została kartą przetargową do pokoju. Brodacz jednak nadal nie rozumiał.
- Alexander jest inny. Nie chce mnie zmuszać do ślubu teraz, zaraz, już… mam czas. Zostanę na dworze, William wyjedzie… będę bezpieczna. On mi nic nie zrobi!- Niemal łzy pociekły jej po policzkach. Dopiero malarz to zrozumiał, to, że przyszła królowa nie będzie cierpiała przez swego ojca.
            Zamknął oczy, aby nabrać powietrza. Kamień spadł mu z serca. Po chwili, gdy otworzył swe brązowe oczy zrobił jeden krok.  Krok dzielący ją od niego. Jego dłonie znalazły się na jej policzkach. Zaraz po tym ich usta same siebie odnalazły łącząc ich w namiętnym pocałunku. Nie panował nad sobą. Tyle czasu żył w strachu o nią. Czuł się winny, czuł się śmieciem. Teraz zyskał na czasie. Może mógł coś wymyślić. Nie mógł odzyskać trzeźwego umysłu, aby oddzielić ich ciała od siebie. Dopiero, gdy nie mogli złapać oddechów odsunął się od niej. Był niczym upojony winem. Pogładził jej policzek.
- Przepraszam.- Szepnął nie bardzo wiedząc, za co bardziej przeprasza. Czy za pocałunek czy za jego bezsilność? Ona jednak dotknęła palcem jego ust.
- Ciii…- szepnęła i wspięła się na palce, aby go pocałować. Nie umiał się jej oprzeć. Sama założyła jego dłonie na swym ciele. Był zbyt doświadczonym mężczyzną, aby nie odnaleźć jej pragnienia. Jednak liczył się z faktem tego, co ją spotkało. Nie mógł sobie pozwolić na to jak przy innych.
Sam jednak nie pamiętał, jakim cudem znaleźli się na sianie, na którym ostatnio spała Millie.
Czy to było istotne?
Nie...
Nie dla nich.




Rozdział dla którego kombinowałam jak koń pod górkę aby go dodać.
Miłego czytania!!
(Dodawany z telefonu dlatego brak pogrubień i wcięć)