poniedziałek, 9 marca 2015

Nowy początek.

Witajcie
Dawno do was nie pisałam tak od siebie, myślę że już czas.
Jak widzicie nawiedził nas nowy wygląd bloga. Nie wiem czemu gdy teraz na to patrzę myślę "ktoś mnie posądzi o 50 twarzyczek Grejka" jednak nie tym się kierowałam :)
Czeka nas nowe opowiadanie które chcę zacząć pisać już dziś, jestem na nie nieco "napalona".
Nie, nie będzie to kolejny FF z wykorzystaniem twarzy chłopaków z Bastille...
Właściwie kończe z tym działem.Teraz skoczę na głęboką wodę. Tak jak trzymałam się nieco o tratwy w "Świecy", tak teraz skoczę na środek oceanu. Chcę pokazać co potrafię. Mam nadzieję, że czytelnicy będą przy mnie zawsze nawet gdy nie będzie to już o owym zespole. Myślę, że trzeba się rozwijać i opuścić dział w którym byłam bezpieczna. Nie lubię należeć do tych normalnych.
A więc jak myślicie czego możecie się spodziewać?
Mam nadzieję, że was zaskoczę, a wasze emocje będą się przedzierać i zmieniać jak pogoda :)
Kocham was.
Wasza Tumburulka

1. Ros zamykam.

czwartek, 19 lutego 2015

Historyjka wyrwana z życia Nicka.

 Aby było po równo... niedawno pisane...
Wyrwane z kontekstu...
Bo Nick nie jest prostym człowiekiem...



Nick jedynie siedział i ze spokojem przyglądał się jak seksuolog coś do niego mówi. Właśnie COŚ, no bo produkować to on się mógł ale co z tego? Niewiele.Efektowność? Serio? Nick czuł że ma nad nim przewagę. No bo co mu zrobi papierek? Tak naprawdę jeśli będzie chciał to sfałszuje wszelkie papiery. Znał ludzi którzy bez problemu mu pomogą za paczuszkę białego proszku. Miał w garści więcej osób niżeli przeciętny dorosły człowiek. Zaczął się śmiać i pstryknął na niego palcem.
- Wiesz co? Zabawny jesteś... seksuolog który ni jak nie ma podejścia do pacjenta powołuje się na zastraszanie! Mam udawać...? Na pewno spodoba to się pani prokurator...- z wielkim uśmiechem z skórzanej kurtki wyjął telefon w którym miał włączony dyktafon. Pomachał nim do lekarza i zaczął kręcić w palcach.
- To że jestem nieprzystosowany w chuj, każdy wie... jednak czy podejście lekarza w stylu "lepiej rusz głową i przekonaj że nie jesteś dupkiem" ni jak ma się z resocjalizacją i naprawianiem drugiego człowieka.- posłał mu oczko z cyknięciem.
- Na pewno będzie to łakomy kąsek.... No i szantaż... Brawo doktorku! Brawo! A na takie badania chętnie się przejdę... a co! Oby raz mnie tam wysyłali...- westchnął jakby przypominał sobie młodzieńcze lata kiedy jadł waniliowe lody przegryzając czekoladą. Po chwili jednak od razu zmienił mu się wyraz twarzy, był tym zgorzkniałym i zniszczonym nastolatkiem z mętnym spojrzeniem.
- Chyba zapominasz jakie piekło w życiu przeszedłem aby przestraszyły mnie jakieś tam badania...- jego głos był bardzo niski, jakby miał wyrazić ciężkość tego co miał w sobie, tego co przeżył. Westchnął patrząc gdzieś na bok i się wyprostował.
- Więc reasumując doktorku... ja mam coś na ciebie a ty na mnie... lepiej współpracujmy bo więcej masz ty do utracenia niżeli ja. Pamiętaj... po mnie spodziewają się najgorszego, nawet nie zdziwią się jeśli się rozbiorę i nasram ci na dywan, a jestem do tego zdolny. Ty masz za to wytyczne... a to nie jedyni dyktafon oraz kamerka którą mam przy sobie.- wyjaśnił a w oku pojawił się błysk.

+18 też musi być.

Opowiadanie do Edwarda którego już poznaliście...
Grube 18
Wyrwane z kontekstu...




Słysząc jej pytanie przechylił głowę na bok.
- Postaram się... ale nie wiem czy utrafię w to wszystko... jestem tylko facetem... Ale chce ci pomóc.- uśmiechnął się do niej nieco. Może gdyby pisała horror by się przydał, ale tak to niezbyt znał się na świecie romantyczności. Właściwie był słaby w te klocki. Jednak nie chciał jej robić przykrości. Chciał poznawać każdą cząstkę jej osoby.
Zaśmiał się cicho słysząc jej słowa. Chyba, jednak nie była świadoma tego w jakich miejscach Edward lubił to robić. Takie biuro wydawało mu się kuszącym. Nie miał zwyczaju sypiać z kobietami w łóżku, nawet z Millie.
No i stało się. Charlie stanęła przed nim całując namiętnie. Chyba był to ich pierwszy namiętny pocałunek zainicjowany przez nią. Poczuł dreszcze na karku co rozbudziło jego zmysły. Dłonie odszukały jej zamek od sukni. Drżały mu palce, jednak poradził sobie z kawałkiem żelastwa. Nie spieszył się, kiedy poczuł szybko jej nagą skórę na plecach. Otarł się nieco o nią swoim ciałem zmniejszając odległość między ich ciałami. Uniósł ją z łatwością na rękach, trzymając jedną ręką pod kolanami. Tak położył na wygodnym dywanie, a pomyśleć tylko, że mieli takie romantyczne miejsce w salonie. Jednak bardziej ważne były osoby, a nie miejsce.

Kiedy tak leżała, ściągnął z siebie bluzę zostając jedynie w  czarnych spodniach. Czuł się nieco dziwnie, chociaż nie przypominał już ani tego grubasa jakim był, ani chudzielca. Był wysportowany, miał szerokie ramiona i lekko zarysowane mięśnie, a jednak, czuł się dziwnie. Nie powinien. Może za mocno zależało mu na jej opinii. Odesłał złe myśli od siebie, całując Charlie w usta. Jego ciało napinało się za każdym razem, kiedy czuł pod sobą ją a przecież jeszcze tak niewiele robili. W końcu jednak nadszedł czas na sukienkę. Czuł że jest zbędna.  Czarny materiał uważnie ściągnął z jej ciała przez kostki. Przyglądał się jej twarzy uważając na to czy wyraża nadal zgodę.
Przy okazji pozbawił ją butów. Tak oto była przed nim jedynie w bieliźnie. Chłodną dłonią pogładził jej ciało. Krzywe palce ni jak miały do jej idealnych kształtów.  Oblizał dolną wagę nieco i położył się obok niej by móc nadal ją podziwiać. Oczywiście zaczął całować jej usta, które coraz bardziej go do siebie wołały. Jednak to nie było wszystko, on chciał ją całą. Bez kompromisów. Dlatego znów znalazł się nad nią okrakiem. Jej ciepłe ciało było dla niego kuszące. Zapomniał już że rano umierał od gorączki. Teraz było mu niemiłosiernie gorąco lecz z innego powodu. Przymykał oczy aby wzmocnić swoje odczucia, aby jego zmysły pracowały jeszcze wyraźniej. Usta same podążały swoją drogą. Gdy natrafił na ramiączko jej biustonosza, dość szybko sobie z nim poradził, odsuwając materiał na jej przedramię. To samo zrobił z drugim. Zgrabnie znalazł się na jej dekolcie. Rozkoszy jaką jej dawał nie było końca. Długo pieścił swymi ustami niemal każdy skrawek jej ciała, pozbywając ją dwóch niepotrzebnych im teraz materiałów. 

Sprawił, że zyskał pewności siebie kiedy rozpinał pasek spodni. To przecież jedynie materiał, który powstrzymywał go przed wieloma rzeczami. Sprawnymi ruchami został przed nią nagi. Ułożył jej nogi wygodnie i skradając jej pocałunek poczuł najlepszą rozkosz jaką mogli sobie dać. Jego ruchy były powolne, badając to aby to jej było cudownie. Dojrzały mężczyzna ma swoje priorytety, między innymi dać spełnienie tej właściwej kobiecie.




Inne...

#Liryka samotności 


Zamknij oczy mała
To nie jest takie proste
Zamknij oczy mała
"Oddała się miłostce"
Zamknij oczy mała
Oni kiedyś znikną
Zamknij oczy mała
"Otacza się liryką"

Masz dopiero naście lat
rzemień trawi twoją skórę.
Kiedyś pożałujesz,
że poddałaś się torturze.
Ludzie dookoła,
mają inne wizje ciebie.
Nie prowokowałaś
oni sami się uwzięli.
Obwiniałaś się samotnie
raniąc czasem mocno siebie.
Szkoła, słów na to szkoda
A rodzina twoja miła?
również  z czasem była winna.
Oni nie widzieli,
A raczej tego nie chcieli.
Pogłębiałaś się w rozpaczy.
Kogo niby miałaś? 
Puste ściany? 
kiedyś ich wszystkich tak kochałaś.
Z czasem było coraz gorzej,
blizny wciąż przybywały,
ręce nie krwawiły,
lecz bywały inne rany.
Uciekałaś w inną stronę 
Uciekałaś przed sobą
Lecz to nadeszło
I co będziesz tylko ozdobą?
Piękną, bladą, ubraną w drewnianym pudełku
Pochowana daleko, 
od innych kilka metrów. 
Czy to tego chciałaś?
Dać im wygrać?
Wierzę w ciebie.
Wierzę, że jesteś silna.


Dlaczego masz zniknąć?
Ty nie zrozumiesz
Dlaczego masz zniknąć?
Dlaczego mnie oszukujesz?
Dlaczego masz zniknąć?
Nie widzisz tego?!
Dlaczego masz zniknąć?
Nie chcę umierać w cierpieniu

Zamknij oczy mała 
i policz do dziesięciu.
Zamknij oczy mała
 zaraz będziesz w mym objęciu
Zamknij oczy mała
już nie jesteś taka sama...
Zamknij oczy mała
kiedyś może zniknie ta rana.


środa, 18 lutego 2015

Patologiczne opowiadania... Kolejne...

 Kolejne do kolekcji czegoś innego...



Siedziałem na wielkiej sofie niezbyt zadowolony z tego przymusu. Dłonie wyprostowywałem i zginałem, wytrącony palec jakiś czas zrosną się krzywo i teraz pstrykał niemiłosiernie. Wiedziałem że kobietę na przeciwko irytuje moje zachowanie. Uwielbiałem wyprowadzać ludzi z spokoju. Po co być spokojnym jeśli można umrzeć od razu? Jej niewiele brakowało. Była stara i miała obwisłe policzki, Że takie próchna jeszcze chodzą po świecie. Kij oko z nią. To znowu ja musiałem ponosić winę za braki kompetencji służby poprawczaka, to ja znowu byłem winny że mają luki w płocie. Przecież taki piękny jest świat za kratami. Zresztą co to za zakład resocjalizacji? Oni nawet nie wiedzieli że dzieciaki ćpają od małego... tak jak ja. Moją historię mogę opowiedzieć tylko dzieciom niegrzecznym, ku przestrodze. Moja matka była najpiękniejszą kobietą na świecie. Byłem mały. Pomimo zapadniętych policzków jej ciemna cera była nadal piękna. Nie było widać sińców po oczami, ani siniaków... czasami rzucała się w oczy jej przecięta skóra. Dokładnie pamiętam ten stary materac na którym sypialiśmy. Chyba na nim znajdowały się wszystkie wydzieliny ludzkiego ciała. Nie, nie mylę wspomnień... pot, łzy, krew, kupa, sperma... wszystko. Kim była pytasz? Dziwką... kurwą... pizdą dającą wszystkich. Szczytny cel aby utrzymać syna? Nic mylnego... dawali jej narkotyki i alkohol. Była ich zabawką. Nikogo nie obchodziła murzynka w slumsach. Nikogo nie zdziwił fakt że zaszła w ciąże, z jakimś biznesmenem który jak wielu wykorzystywał jej nałóg. Urodziłem się. Czy to coś zmieniło? Może na rok. Nie wiem.. nigdy się nie dowiem. Odkąd pamiętam byłem częścią tej zabawy. Widziałem swoją matkę w najróżniejszych momentach. Kazali mi patrzeć. Cudny widok dla trzylatka co nie? Wtedy nie rozumiałem ale wiedziałem że to źle... zresztą. Jak mogłem się bronić? Prawie nie mówiłem. Ponoć byłem niedorozwojem. Co się dziwić. Dawała mi często do picia wódkę a nawet trochę morfiny. Miałem być cicho. Zajebiście co nie? Była durną nastolatką. Na tyle durną aby zrobić z swego syna szmacianą lalkę. Oni mieli prawo... gdy chcieli... Nie chcecie słyszeć na pewno na dobranoc bajki o rżniętym czterolatku przez dorosłego faceta, kiedy to matka ćpała na tym pieprzonym materacu. Pomyślcie że ktoś to przechodził, ktoś to miał przed snem... nie słowa które zapadną i rozpierdzielą się gdzieś na dnie waszych świadomości... ktoś to czuł. Ja to czułem. Popierdolony świat. Jednak najgorszy był ten ostatni. Była jego ulubienicą. Tym razem znów chciał mnie. Rzucił matce paczkę w której pewnie były jakieś tabsy. Mnie zaprowadził do kuchni. Kazał mi ściągnąć bluzkę. Miałem wtedy prawie pięć lat. Pamiętam to... każdy szczegół. Że byłem brudny a moje rzeczy śmierdziały jak mokre szmaty. Kazał mi je ściągnąć. Wziął nóż. Mimo strachu zrobiłem to, opór nie miał znaczenia. Byłem dzieckiem, niedożywionym, chudym o którym świat nie miał bladego pojęcia że istnieję. Odpalił gazówkę. Nie rozumiałem. On jednak miał plan. Srebrny nóż obracał się w ogniu a on palił papierosa. W końcu poczułem go. Metal przecinał me brązowe ciało kreśląc trzy litery nałożone na siebie P K M. Od linii sutków aż do linii spodni. Wiecie co? Nie płakałem. Stałem cierpiąc. Mały chłopiec, stał. Gdy skończył zabawę po prostu wyszedł. Czułem jak z rany wylatuje krew, a poparzone miejsca puchną. Jednak liczyła się tylko matka. Jak straszny by nie był dzień, zawsze kładłem się obok niej. Zawsze była. Zamknąłem oczy i zasnąłem. Nie wiem ile stałem. Obudził mnie mężczyzna w niebieskim ubraniu. Było ich więcej. Przestraszyłem się. Mama leżała nadal obok mnie. Zacząłem ją budzić ale nie reagowała. Krzyczałem lecz ona nic. Mężczyzna w zielonym ubiorze podszedł do niej macając coś przy szyi. Teraz wiem kim byli. Wtedy... nie. To był mój pierwszy kontakt z policją, i nie ostatni. Wtedy zabrali mnie do domu dziecka, po stwierdzeniu zgonu matki. Po prostu się zaćpała. Tylko dlaczego nie zrobiła tego ze mną? Jak zwykle samolubna dziwka. Wiecie jak jest w domu dziecka? Dla takich przestraszonych bękartów? W bidulach jest jak w więzieniach. Najsłabszy usługuje tym na górze. Kim mógł być pięciolatek po gwałtach? Któryś z chłopców wkradł się do kantorka opiekunów i przeczytał moje karty. Wiedzieli co się ze mną działo.Nie wiem do dzisiaj skąd tamci to wzięli. Stałem się tym samym dla chłopaków z którymi dzieliłem pokój. Wiedziałem jakie są zasady. Wiedziałem że albo ja albo oni. Moja psychika się zmieniła z zamkniętego chłopca w agresora. Kiedy zdupczyłem pierwszego dzieciaka stałem się kimś. Kolejne ofiary były potwierdzeniem tego że ze mną sie nie zadziera. Ile miałem lat gdy pierwszy raz uciekłem? 11. Klej, narkotyki, alkohol. Inny świat. Znaleźli mnie po dwóch latach kiedy dilerowałem. Co mogli zrobić dzieciakowi z marginesu? Naskoczyć. "Dali mi szansę"... znowu uciekłem. Miałem już miejscówkę, ludzi którzy mi płacili. Znali mnie, zbyt łatwo przerzucałem narkotyki na teren bidula. Śmieszne. Gdy maiłem 13 lat zaczepiła mnie babka. Nie wyglądała jakby chciała kupić narkotyki. Chciała co innego. Była ode mnie znacznie starsza. Czemu nie... dostałem za to nawet kasę. Nagle zaczęły mnie przerzucać z rąk do rąk kiedy to zwiewałem z poprawczaka. Później doszli faceci... różni. Wszystko jedno... byle by kasę dali. Na trzaskałem kasę łatwym sposobem. Ostatni rok w poprawczaku chciałem udawać naprawionego. Kit że zawaliłem dwa lata w liceum. Miałem nadrobić. Czemu nie. Teraz siedziałem u tej pieprzonej terapeutki która miała zdecydować czy dać mi szansę. Osiemnastka za pasem, nie mogłem zostać w domu dziecka... Nowe miejsce... nowe możliwości. Paryż witaj swego diabła.

wtorek, 17 lutego 2015

Kiedy nie ma się weny pisze sie głupoty...

Wolno-myślące, po za wszystkim...

Był zmęczony całodniowym nalewaniem piwa w barze. Nie należał do tego typu właścicieli, co to chodzą w garniturach i pomiatają swoimi pracownikami. Chciał należeć do załogi, i nie raz mylono go z zatrudnionym studentem prosząc o kontakt z „kierownikiem lub właścicielem lokalu”. Przyzwyczaił się, dlaczego miałoby być inaczej? Idąc do swego nietypowego mieszkania postanowił popatrzeć na otaczających go ludzi. Pełno śniegu, ale jakby nikt tego nie zauważał… chyba, że jedynie, aby na coś narzekać. Co tu po nim? Nie lubił takich miejsc. Może tak bardzo przyspieszył kroku, aby jego duże stopy mogły znaleźć się na najwyższym piętrze starej kamienicy. Rzucił kluczykami na szafkę gdzie zawsze je odkładał. Otrzepał conversy z śniegu oraz wiśniową kurtkę. Westchnął dotykając mokrych włosów, znów będzie wyglądać jak przemoczona kura. Przeczesał je ręką, po czym stanął na środku salonu. Nie miał ochoty robić sobie jedzenia, w barze zawsze coś złapał i przekąsił, na przykład takiego kurczaka. Mniam! Ściągnął w końcu buty, zostawiając niezbyt ciekawą mokrą plamę koło dywanu i ruszył do swojego małego zakątka. Tajemny pokój, który ukrywał przed wszystkimi. Mini studio nagraniowe, keyboardy, gitara, panele, elektryczna perkusja. Usiadł do rozpoczętego mixu, który tworzył piosenki jednego z popularnych zespołów. Lubił kombinować i ucieleśniać swój styl. Oparł się o oparcie skórzanego, obrotowego krzesła. Palcami wystukiwał rytm muzyki. Zacisnął usta, kiedy same wspomnienia zaczynały go otaczać.
Urodził się, jako drugi syn wielkiej rodziny. To ile ich było jedynie napawało go dumą. Starszy brat i trzy młodsze siostry były najlepszymi osobami w jego małym świecie. Nie potrzebował wiele od życia.
Widział jak rodzice si kochają, jak wpajają w niego wartości, dzięki którym stanie się prawdziwym mężczyzną i to mu wystarczało. Był dojrzały wtedy, kiedy było trzeba. Nikt nie odebrał mu dzieciństwa. Pozwalano mu na tyle ile trzeba, na obtarte kolana po nauce jeżdżenia na rowerze. Karano za bójki z kumplami oraz złe stopnie w szkole. Doceniano za dryg do języków. Uwielbiał wszystkie święta, jakie odbywały się w domu. Jednak było coś, czego pozazdrościł nawet swemu bratu… szkoła muzyczna. Ed od najmłodszych lat przejawiał chęć grania na pianinie, więc kiedy to brat mógł poświęcać tyle czasu ile chciał jedynie, aby dotykać palcami klawiszy w Edwardzie zbierała się mała zazdrość. Wydawało mu się, że nikt nie dostrzegał jego drygu, ba nawet nie chciał, aby ktoś to widział. Nie chciał być tym drugim, był pewny, że i tak byłby gorszy od brata, więc, po co się wychylać?
Od siódmego roku życia nie chciał mieć wyprawianych urodzin... Od tak. Wolał spędzić czas w ogrodzie z rodzicami i rodzeństwem po prostu się bawiąc. Był szczęściarzem o pulchnej twarzyczce. Miał niewielu przyjaciół: Millie oraz Roberta. Robert to kuzyn z strony ojca, a Millie mieszkała dwa domy dalej. Wychowywali się wzajemnie. Uczyło ich to jak należy budować prawdziwe relacje. Im ufał chyba nawet bardziej niżeli rodzinie. Nigdy siebie wzajemnie nie zostawiali. Chłopacy bronili Millie, a kiedy oni nie mieli, z kim iść na bal wiosny dziewczyna oddanie ubierała sukienkę do koloru ich krawatów i razem odbywali najlepszą potańcówkę. Nie potrzebowali więcej. Ed był im wdzięczny. Wtedy, kiedy nienawidził siebie najbardziej patrząc w swe odbicie w lustrze, oni mu pomogli.
Prawdziwa śmietanka zaczęła się budować, kiedy to Millie trenowała z nim każdego ranka. Jednak kiedyś i hormony dojrzewają i w najlepszej przyjaciółce można dostrzec kogoś więcej. Robert widział, co się z kuzynem dzieje. Jak każdy dzień przemienia się w lata, kiedy to Edward czuł więcej niżeli chciał. Zawsze powtarzał, że Millie musi mieć kogoś dobrego przy sobie, kogo nie będzie się wstydził. Któregoś dnia Robert nie wytrzymał i wyjaśnił całą sytuację Millie. Na początku była cisza z jej strony. Trwało to ponad miesiąc, kuzyn widział jak blondynka przypatruje się bujnej czuprynie, jaką miał Edward, oceniała ich przyjaźń. Chciał nawet powiedzieć o swym gadulstwie jednak wtedy stał się przełom.
Millie sama poprosiła o rozmowę Eda, wtedy zaprosiła go na randkę. Chłopak o mało nie dostał zawału, a w dniu owej randki najzwyczajniej zablokował jedną z ubikacji w rodzinnym domu przez stres. Dostał grypę jelitową, prawie słaniał się na nogach przyjmując zimne poty. Czuł, że przegrał jedyną możliwą okazje. Kiedy leżał w łóżku, obrany na cebulkę umierając i uważając, aby przypadkiem nie kichnąć, co by skutkowało w czymś niepożądanym jedna z sióstr wprowadziła do jego pokoju Millie. Znała go za dobrze i chyba dzięki temu nić porozumienia zmieniła się w coś większego. Edward był idealnym chłopakiem, dbał o blondynkę jak nikt. Nie zauważał innych, przecież największym szczęściem dla niego była owa dziewczyna.
Rodzina jak najbardziej pochwalała ten związek, przecież to w dużej mierze dzięki niej Edward zaczął dbać o siebie i chodzić jeszcze bardziej uśmiechnięty. To, że był pesymistą nie znaczyło, że nie odczuwał szczęścia. Wszystko jeszcze bardziej zaczęło się układać, gdy na trzecim roku, kiedy studiował literaturę angielską w Paryżu, okazało się, że Millie zaszła w ciążę. Być z ukochaną i oczekiwać dziecka. W głowie Edwarda już rodził się plan oświadczyn, że wyremontuje własnoręcznie jakieś mieszkanie, które będzie dla ich trójki małym skarbem. Wszystko chciał zrobić sam.
Jednak nie z każdym problemem można było samemu sobie poradzić.
Millie zaczęła mdleć dość często, nie miała siły wstawać z łóżka, usta siniały jej, zaczęły pojawiać się siniaki nie wiadomo skąd. Edward zawiózł ją podstępem do szpitala, bo sama dziewczyna wiecznie miała na wszystko wytłumaczenie. Została w nim. Kilka dni, kiedy było już wszystko jasne. Aplazja szpiku kostnego. Wyrok. Ed stracił grunt pod nogami, wtedy z pomocą zjawiła się rodzina, wszyscy szukali lekarzy i lekarstwa dla dziewczyny jednak był jedno, ale nie do przeskoczenia. Dziecko. Nie mogli przeprowadzić żadnego podawania surowic, żadnych chemii, niczego dopóki dziewczyna była w ciąży.
Ona nie chciała zrezygnować z dziecka.
Edward wtedy ją szczerze nienawidził. Nie miał wizualizacji dziecka, pomimo że chciał go nie wiedział, jakim prawem przez nie ma odebrać sobie życie osoba, którą potrzebował najbardziej na świecie. Millie była nieugięta. Niczym jak w horrorze widział jak jego ukochana gaśnie w oczach podłączona do aparatur w tym samym czasie, kiedy to jej brzuch się zaokrąglał.
Nigdy nie był tak bezsilny, nigdy nie czuł się taki bezużyteczny.
Dziewczyna zawsze powtarzała mu, że będzie dobrze jednak, kiedy chciał jej się oświadczyć, odrzuciła pierścionek. Tłumaczyła to w sposób czytelny, nie chciała, aby został wdowcem, kiedy by umarła. Był za młody na to. Chciała ślubu po narodzinach dziecka.
Jednak i to nie było zbyt łaskawą wizją.
Poród zaczął się za wcześnie. Siódmy miesiąc.
Było wiadome, że coś jest z dzieckiem nie tak. Lekarze kazali przygotować się mu na najgorsze, jednak chyba nawet tego nie przewidywali. Po kilku godzinach samotnego stania na holu przed salą operacyjną na oddziale ginekologii zjawił się lekarz. Wystarczyło „Przykro mi”, ale nie spodziewał się słów o śmierci i dziecka i Millie.
Wtedy zamknął się na te emocje. Jakby był robotem zorganizował podwójny pogrzeb swej córeczki i Millie. Tak, to miała być dziewczynka. Wybrał najcichszy cmentarz przy urokliwym drzewie, jaki tylko mógł być w Paryżu. Wszyscy pytali go czy wszystko z nim dobrze. Wiedzieli, że to nie jest jego zachowanie, gdyby nie ciemne cienie pod niebieskimi oczami nikt by nie rozpoznał, co przeżywa w środku.
Musiał się jednak wyprowadzić z miasta. Wszystko przypominało mu ukochaną. Nie ukończył studiów, choć był jednym z lepszych na roku. Nie chciał. Wymyślił plan, który powinien zająć mu jak najwięcej myśli. Chciał otworzyć bar. Szukał lokalu, później oczekiwał zgód, dotacji. Wszystko zawdzięczał sobie. Trwało to rok zanim otworzył po raz pierwszy drzwi lokalu. Z miesiąca na miesiąc coraz lepiej dawał sobie radę. Oswajał się z myślą związaną z śmiercią Millie i dziecka. Raz na miesiąc jechał na groby, aby położyć nowe kwiaty i zadbać o nie. Przez sześć lat, od kiedy to się stało nieco oddalił się od rodziny. Naprawdę chciał omijać wszystkie miejsca związane z miłością do Millie.
Wiedział, że zawsze ją będzie kochał.
Siedząc tak na fotelu bezsłownie włączył piosenkę, pierwszą, z których sam stworzył, która jest symbolem tego wszystkiego dotyczącego Millie. Zamknął oczy doszukując się błędów, lub czegoś, co mogłoby sprawić, że będzie bardziej idealna… niemo wypowiadał słowa czasami nie mogąc się doszukać niczego negatywnego. Nie możliwe.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Opowiadanie "ROS" rozdział 1.



                                                               1.




             Można się zabić przez prace w wiele sposób. Jak to jest u Nicka? Cóż: zadźgać się długopisem, podciąć żyły kartką, naświetlić mózg laserem od kopiarki, wrzucić laptopa do wanny, w której się kąpie. Wystarczająca lista. Nie raz się nad tym zastanawiał. Miał swoje lata, jego życiem była jedynie praca w korporacji, od czasu do czasu uczestnictwo w firmowych, przymusowych bankietach. Jednak nie narzekał. Lubiłem swój styl życia. Przecież nie można tęsknić za czymś, czego się nigdy nie miało. Tak też było u niego.
            Gwiazdka to gorący czas w reklamowej firmie, w której pracował. Masę makiet, wykresów, liczb, prezentacji. Gdyby nie telefon od rodziców może nawet by to przegapił. Nie potrzebował tej całej maskarady rodzinnej. Lepsze jedzenie? Przecież można iść do restauracji gdzie podadzą te dania każdego dnia i o każdej porze całego roku. Zresztą, czym innym były święta? Prezentami… Nie wierzył w Boga, fruwającego potwora spaghetti lub też Mahometa. Za to jednak był stały w swych przekonaniach, przyjaźniach. Mark od zawsze był Nicka kumplem. Jedna klasa w podstawówce. Nie było takich trzech jak ich dwóch. Jak brat, którego nie miał. Od kilku lat miał klucze od jego mieszkania, i zawsze wpadał bez zapowiedzi. Nie krępował się nawet, gdy kilka razy nakrył go w jednoznacznej sytuacji, lecz nawet to nie nauczyło go choćby dzwonić do drzwi.
         Tym razem znów drzwi otwarły się same, kiedy to podgrzewał jakieś jedzenie, które zapewne wytrzymałoby wybuch bomby nuklearnej.
- I ty stary zgredzie tutaj.. Skąd ja to wiedziałem?- Westchnął rzucając swoim pękiem kluczy na czarny blat nowoczesnej kuchni.
- A gdzie ‘’kochanie wróciłem!” I buziak na powitanie?- Zapytał na przekór Nick wyciągając z mikrofali jedzenie. 
Usiadł na niewielkim krześle i zaczął jeść widelcem nieokreśloną maź. Na sam widok Mark skrzywił się niemiłosiernie.
- Że laski jeszcze na ciebie lecą…- zdziwił się rozpinając guzik od czarnej koszuli.
- A ty znowu swoje… Daj spokój. Jak chcesz piwo to jest w lodówce, ale o pykaniu na PS możesz zapomnieć. Padam.- Nick upił wodę z szklanki przed swym talerzem i zdjął marynarkę.
- Piwo to wypijemy, ale w barze. –Stwierdził przyjaciel uśmiechając się szeroko.- Przebierz się w coś mniej sztywniackiego i lecimy.- Zaczął wymieniać opierając się o blat naprzeciw Nicka.
- Daj mi święty spokój.- Syknął niebieskooki brunet wrzucając talerz d zmywarki. Lubił mieć porządek w swym samotnym mieszkanku. Nie zniósłby myśli, że ktoś obcy sprząta i przegląda jego rzeczy.
- Jesteś mamutem.. Nie mam zamiaru przekonywać cię jak nastolatka. Jedziesz i chuj. Ruszaj dupe.- Nakazał mu.
               Abildgard naprawdę nie miał sił, a jednak. Zawsze lubił przygody a zwłaszcza te przy boku Marka. Wiedział, że nudny wieczór może przerodzić się w coś, co długo będzie wspominał, choćby żałując w kryminale, ale będzie. Jeszcze chwilę użalając się nad swym losem podniósł się, po czym ruszył po krętych schodach na piętro mieszkania. Tam znalazł jakieś dawno nienoszone rzeczy. Ostatnio musiał prezentować się nienagannie w drogich, dobrze skrojonych garniturach. Rzadko, kiedy ubierał się „po roboczemu”. Wyciągnął z szafy parę ciemnych spodni, szarą bluzkę i skórzaną kurtkę. Miał być ubrany na luźno czyż nie? Nawet nie spojrzał w lustro, nie miał nawyku, jeśli nie wychodził do pracy. Mark jedynie klasnął w dłonie widząc przyjaciela w lepszej formie.
- Tylko nie pytaj mnie czy chudo w tym wyglądasz…- stwierdził biorąc w dłoń klucze, które wcześniej rzucił.
- Zero wsparcia… zeerooo…- udał załamanie brunet jednak śmiejąc się gardłowo. Zaraz po tym wyszli z mieszkania, zakluczając je.


- Nogi mam już kompletnie zlodowaciałe! A jak nas nie wpuszczą, bo za młodo wyglądasz to cię zabije. W tym śniegu nikt cię nie znajdzie do wiosny, a wtedy już twe ciało rozłożą robale i nikt cię nie pozna!- Marudziła Alexis idąc za Ros po okrytej lodemplaży. Minęły właśnie ognisko gdzie spora liczba osób już się bawiła świętując Boże Narodzenie. Przy wejściu do baru stał jeden rosły mężczyzna.
- Jak będziesz panikować to na bank coś zauważą.- Syknęła do niej niebieskooka przybliżając się do drzwi. Maruda podbiegła, aby zbliżyć się do niej, kiedy mijały mężczyznę.
- Jej tata to Dan Smith!- Rzuciła dziewczyna w przypływie paniki jednak okazało się, że owy ‘’ochroniarz’’ to zwykły klient baru palący papierosa. Spojrzał na nie jak na upite nastolatki i wywrócił oczami.
- Alex przestań! Ile razy będziesz to mówić obcym ludziom?- Ros mówiła do niej przez zaciśnięte zęby. Nie lubiła, gdy ludzie wiedzieli, kim jest jej ojciec.
         To, że kiedyś istniało Bastille, że kiedyś był jakiś Dan Smith, który porywał tłumy, który miał głos i pomysł ponad muzykę, która go otaczała obecnie niewiele znaczyło. Ponad dziesięć lat Bastille nie istniało, a ludzie szybko zapominali. Od czasu do czasu jakiś fan przypominał sobie o istnieniu mężczyzn. Tym bardziej nikogo nie obchodziła córka wokalisty. Jednak obie dziewczyny pomimo upływu lat i różnicy pokoleń pokochały muzykę, jaką tworzyła czwórka zwariowanych mężczyzn.
- Oj dobra, choć się czegoś napijemy. – Westchnęła Alex wzruszając ramionami przy tym ściągając swój płaszcz zimowy.
         Obie dziewczyny poszły w stronę baru i jak przystało na grzeczne nastolatki zamówiły jedynie sok. Ros wiedziała, że Dan ufa jej na tyle ile powinien każdy ojciec, ale nie wybaczyłaby sobie, aby stanąć przed nim upita. Zacisnęła jedynie mocniej kubek w dłoni śmiejąc się z przyjaciółką.


- Mogłem to przewidzieć. Choć! Idziemy się napić! O kurczę, ale nawet nie wiem gdzie! O kurwa nasz bar jest zamknięty!- Udawał głos przyjaciela Nick nieco poddenerwowany.
- Nosz kurwa serio skąd miałem wiedzieć, że w święta właściciel zamknie lokal…- westchnął idąc przez plażę kopiąc śnieg, który od zawsze go denerwował.
- Bo są święta? Ludzie chcą spędzić czas z rodziną?- Nick nie krył swej irytacji. Spojrzał na blondyna morderczym wzrokiem. Nie lubił niezorganizowanej części Marka. Pomimo upływu lat ten niczego się nie uczył.
- Bo jestem żydem i ja nie obchodzę tych świąt i zapominam o waszych dyrdymałach?- Odbił piłeczkę.
          Brunet nie miał sił słuchać jego paplaniny, którą zapewnię uruchomi, kiedy to zaczynał gadkę, od ‘‘bo jestem żydem”. Holocaust i druga wojna światowa to tematy, które wiecznie się pojawiały w ich kłótniach.
- Na trzeźwo tego nie zniosę.- Westchnął ruszając do baru. Od razu zamówił sobie piwo. Upił jeden łyk, kolejny… cisza? Marka nie było. Rozejrzał się po bokach. 
Przyjaciel zapadł się pod ziemię. Zdziwiony wziął swój kufel i zauważył Marka, który rozmawia już z jakąś dziewczyna w obcisłej czerwonej sukience. Nick zaśmiał się jedynie wywracając oczami. Kwintesencja tego żyda. W barze panował chaos, choć było mało osób. Jego niebieskie oczy przeszły po wszystkich niemal osobach, które stały przy barze. O wiele więcej osób zbierało się przy ognisku. Jednak dla Nicka niezbyt atrakcyjną wizją było spędzanie czasu na mrozie.
           Wkładając rękę do kieszeni przemaszerował z kuflem do oddalonej szafy grającej. Nie był pewny czy w ogóle działa. Chyba milczała. Rozejrzał się znowu rozpoznając model. Uśmiech zagościł na jego twarzy, kiedy dotknął pokrętło z głośnością. Pomieszczenie powitała spokojna muzyka, zbyt lakoniczna i monotonna, dlatego ktoś ją pewnie ściszył. Obmacał swe kieszenie i wrzucił monetę, kiedy muzyka w końcu przestała grać.
         Wtedy właśnie podbiegła dziewczyna z ciemnymi włosami i różowymi policzkami.
- Przepraszam… czy mógłby pan poczekać. Ja chciałam włączyć. – Mówiła jak na jęta niska, dziewczyna. Nick zmarszczył brwi upijając łyk piwa. Za nią pojawiła się drobniejsza niebieskooka.
- Alexis…- jęknęła próbując odciągnąć towarzyszkę od szafy.- Odpuść.
- No, ale mówię ci, że widziałam płytę twojego taty. Patrz jest piosenka Icarus!- Pisnęła skacząc jak szalona. 
         Ros jedynie oblała się jeszcze większym rumieńcem przyjmując wstyd przyjaciółki na siebie. Nick uniósł brew patrząc na dwie dziewczyny a następnie na zbiór piosenek w szafie grającej. Doszukał się wspomnianej piosenki i nazwa zespołu coś mu mówiła. Kompletnie przeoczył słowa o płycie taty.
- Proszę cię…- szepnęła Rosa jednak wtedy usłyszała zbyt dobrze znane jej dźwięki.
 Gdy spojrzała na nieznajomego i jego ofiarowany uśmiech poczuła swego rodzaju motylki. To przez głos ojca. Zawsze to czuła, gdy włączała jego stare płyty.  Alexis zaczęła skakać z nogi na nogę.
- Do usług.- Zaśmiał się brunet wracając do baru.
             Miał nadzieję, że Mark wreszcie odessał się od nowej zdobyczy jednak jedynie mignął mu w momencie, kiedy wychodzili z baru idąc w stronę ogniska. Cudownie, po to wyszedł do ludzi z przyjacielem, aby samotnie upijać się w kuflu jednego piwa. Zamówił sobie drugie siadając na barowym krzesełku. 
Kilka chwil po tym przed nim znalazło się kilka monet. Wyprostował się nieco i spojrzał na osobę, która była po jego prawej stronie.
- Chciałam uregulować dług. – Wyjaśniła Ros.
            Brunet zerknął za jej plecy szukając gdzieś tej głośnej dziewczyny wyczuwając w tym intrygę. A jednak jej zabrakło.
- A gdzie twa towarzyszka?- Zapytał leniwie nie bardzo przejmując się tym, co mówi. Właściwie był zbyt znudzony, aby zignorować możliwość porozmawiania z kimkolwiek. Usta nastolatki rozchyliły się jakby była zmieszana.
- Musiała na chwilkę wyjść. –Machnęła ręką, co chyba dodatkowo sprawiło u niej zakłopotanie. Mężczyzna uśmiechnął się przez to tajemniczo, nieco przegryzając dolną wargę. Świadomie zaczynał bawić się tym, co dał mu los. Widział, że ma przed sobą młodziutką kobietę zbyt płochliwą, aby coś wskórać jednak idealną, aby prowokować u niej kolejne fale rumieńców.
- Może dołączysz do mnie?- Zapytał unosząc swój kufel.
           Ros jednak nie była taka naiwna, na jaką wyglądała. Pracowała w jednej z kafeterii w centrum miasta po zajęciach w szkole. Nie jednokrotnie miała do czynienia z mężczyznami, którzy mieli ją za cudowną zabawkę. Na początku chciała poprzeć sprzeciw ojca i zrezygnować z pracy, jednak prócz pieniędzy zauważyła w tym dodatkowe plusy. Choćby odpieranie takich rozmów. Uśmiechnęła się, więc lekko i pokiwała przecząco głową.
- Dziękuję w imieniu swoim i przyjaciółki.- Rzuciła na odchodnym kierując się w stronę damskiej łazienki, z której właśnie wychodziła Alexis. Ta westchnęła głośno widocznie zła.
-, Co jest?- Zapytała niebieskooka marszcząc brwi.
- A jednak się doliczyli, że mnie nie ma.- Fuknęła.
- Nie powiedziałaś mamie ze będziesz u mnie?!- Głos Ros był znacznie głośniejszy niż zamierzała.
- Jejku… zapomniało mi się. – Wywróciła oczami idąc w stronę wieszaków z płaszczami.
- Zapomniało? Boże… jakaś ty nieodpowiedzialna!
- Dobrze druga mamo! Nic się nie stało… trochę powyzywa i jej przejdzie. Norma.- Wzruszyła ramionami jednak Ros zatrzymała się w połowie kroku. 
          Poczuła nagłe zimno słysząc to słowa. Objęła się ramionami i wzięła głęboki oddech. Obiecała sobie przecież. Wzięła, więc swój płaszcz i wyszła wraz z Alex z baru. Temu wszystkiemu przyglądał się Nick znudzony tym, co się mogło zdarzyć w typowym barze, w czasie typowej plażówki w zimie. Nic szczególnego. Nic i nikt jak zwykle nie było warte jego uwagi.


         Od kluczyła drzwi jak najciszej potrafiła. Zamek zabrzęczał chropowato a zaraz po tym mogła już pchnąć je by wejść do środka. Gdy tylko się uchyliły usłyszała znajomy dźwięk pianina.  Dawno nikt na nim nie grał. Wchodząc do holu ściągnęła buty, płaszcz i szal. Powolnym krokiem ruszyła do salonu gdzie stało pianino. Pomimo późnej pory siedział przy nim Dan grający spokojnie, wymyśloną i nigdzie niezapisaną melodię, którą zapewne zapomni nim nastanie świt. Ros nie chciała go wystraszyć a co gorsza, spowodować ucichnięcie muzyki. 
        Kochała momenty, kiedy grał. Od śmierci Blum Smith kompletnie zamknął się na swoją pasje.  Odciął się od tego, co było dla niego narkotykiem. Nie chciał przyznawać się do tego, że kiedyś coś tworzył, że jego głos opowiadał niezwykłe historie. Jakby chciał się ukarać. Ros to wszystko widziała, lecz milczała. Tak było i tym razem. Mdłe światło oświetlało poszarzałą twarz ojca, przed którym stała butelka z otwartym winem i zużyty kieliszek. 
Uśmiechnęła się lekko podchodząc jeszcze bliżej. Potrzebowała jego bliskości.
- Jesteś sama?- Zapytał nie przerywając grać.
- Skąd wiedziałeś?- Zapytała lekko wystraszona jego głosem. Dan odwrócił głowę tak, aby na nią móc spojrzeć.
- Jestem ojcem…- wyjaśnił jakby to było odpowiedzią na wszystko a na jego wąskich ustach zagościł delikatny uśmiech. Ros usiadła obok niego na niewielkiej ławeczce i przytuliła chłodny policzek do jego przedramienia.
- Zmarzłaś.- Westchnął zerkając na ciemną czuprynę córki. Poczuł ciarki, kiedy równie zimne dłonie znalazły się na jego nadgarstku. Zawsze tak robiła, gdy było jej zimno, a on, jako jej ojciec milczał.
-, Dlaczego nie wzięłaś taksówki?- Zapytał unosząc brew.
- Szkoda kasy..- Wzruszyła ramionami spoglądając na niego z lekkim uśmiechem.
- Ah… szkoda kasy…- powtórzył kiwając głową z niedowierzaniem. Przestał grać urywając w pewnym momencie a następnie objął córkę swym ramieniem.
- Jak było?- spytał zamykając oczy. Był zmęczony jednak nigdy nie mógł zasnąć, kiedy wychodziła gdzieś bez niego. Musiał i chciał czuwać nad jej bezpieczeństwem.
- Fajnie. Spotkałyśmy kilku znajomych. Alex jak zwykle zaczepiła kogoś, kto obsługiwał szafę grającą. Leciał Icarus. Było fajnie.- Mówiła skrótowo, ziewając.
- To teraz do łóżka. Jest już po północy a dziś jedziemy na obiad do twoich dziadków.- Ros zbyt dobrze wiedziała, co kryje się pod hasłem „jej dziadkowie”. Byli to rodzice Blue, którzy wielokrotnie starali się rozdzielić ojca od córki.
- Nie chcę… zostańmy w domu proszę.- Szepnęła nie chcąc przechodzić kolejnej batalii, która jedynie raniła Dana.
- Ros…- westchnął bezsilny wiedząc, co powinien zrobić.
- Tato… proszę.- Spojrzała na niego uważnie.
           Zawsze tak robiła, już pierwszego dnia, gdy się urodziła, gdy trzymał ją pierwszy raz w ramionach patrzyła na niego tymi niebieskimi oczami, którym nie mógł zabronić niczego. Chciał coś powiedzieć jednak usta jedynie się uchyliły. Znów westchnął ciężko uciekając wzrokiem w bok.
- Rano porozmawiamy…, Co z Alexis?- Zapytał zmieniając temat.
- Okazało się, że jej mama nie wiedziała, że ona chce u nas spać… Pokłóciły się. – Głos dziewczyny nieco zadrżał przy ostatnim zdaniu. Dan zbyt dobrze to odnotowywał. Wiedział, co jest tego powodem. Zagryzł dolną wargę nie podnosząc na nią wzroku.
- Zazdroszczę jej…- szepnęła brunetka również opuszczając twarz. Patrzyła na swe palce, które były dziwnie chude.
Znów zapadła miedzy nimi cisza.
Nadal nie umieli poradzić sobie z tym.
Spletli jedynie swe dłonie jakby to miało dodać im siły.




Szaleję jak dziki dzik z rozdziałami :)
Zapraszam do komentowania.
Muszę się wbić w nowe/stare ramy luźnego i niepoważnego pisania.
Mam nadzieję ze zrozumiecie.
Kocham was i czekam na wasze opinie!